piątek, 31 grudnia 2010

Ponownie historycznym tropem...

Dokonawszy kolejnego zwycięstwa nad własnym lenistwem oraz korzystając w miarę z przystępnej pogody, postanowiliśmy po raz kolejny wyruszyć na wycieczkę poprzez "City Gardens"*. Tym razem wszakże nie śladami Williama Wallacea, choć miejsca w które dotarliśmy mają niewątpliwie wymiar historyczny. Nie tak daleko sławnego Tower of London mieści się St Dunstan in the East - były anglikański kościół, którego data budowy przypada na około 1100 rok. Zła passa dla tej okazałej budowli zaczyna się w roku 1666, kiedy to podczas słynnego londyńskiego pożaru kościół zostaje dotkliwie uszkodzony. Od tego czasu zawsze następowały pewne przeszkody w jego pełnej odbudowie. Nie wgłębiając się w motywy historyczne pozwolę sobie przeskoczyć do roku 1941. Tu podczas serii nalotów przez nazistowskie Niemcy na Wielką Brytanię, kościół ponownie zostaje poważnie uszkodzony. Po wojnie Rada Kościoła Anglikańskiego w Londynie podjęła decyzję o nieodbudowywaniu zniszczonych fragmentów kościoła. Natomiast w 1967 władze Londynu postanowiły przekształcić pozostałości ruin świątyni na ogród publiczny. Oficjalne otwarcie nastąpiło w 1971 roku.

Powolne pochłanianie pozostałości poprzez bujną roślinność, nadaje temu miejscu niepowtarzalną magię i mroczny urok. Poza tym wszystko stoi pod gołym niebem, tak więc z chwilą zmierzchu miejsce to nabiera wręcz rytualnej mocy.


___ . ___

Kolejnym punktem wyprawy był oddalony na północ od miejsca ruin - Bunhill Fields Burial Ground. Angielski cmentarz otwarty w 1665, słynący przede wszystkim z pochówku angielskich nonkonformistów i ważnych osobistości z zakresu działalności publiczno-społecznej. Dzisiaj już jako obiekt nieczynny jest jedną z atrakcji City Gardens. Mnie przyciągnęła w to miejsce chęć zobaczenia dwóch grobowców. Pierwszym z nich było miejsce spoczynku Johna Bunyana, protestanckiego pisarza i kaznodziei. Autora pięknej powieści "Wędrówka Pielgrzyma". Wszystkie jego dzieła napisane zostały podczas dwunastoletniego pobytu w więzieniu. Odbywał tam karę za niesubordynację związaną z działalnością religijną nie zatwierdzoną uprzednio przez władzę.


Drugim miejscem natomiast był grób angielskiego poety Williama Blakea. Zaliczanego przez niektórych do kręgu poetów wyklętych.


Poza tym można było jeszcze zerknąć na grobowiec Daniela Defoe - autora "Robinson Crusoe", oraz dziadka Tolkiena - Johna Benjamina Tolkiena.
Pomimo faktu, że "zwracam" tym miastem we wszelkich możliwych kierunkach dużo jest miejsc na widok których cywilizacyjna "cofka" ulega chwilowemu cofnięciu :)


*
jest to obszar otwartych przestrzeni znajdujących się w centralnym Londynie, w którego skład wchodzi ponad 200 ogrodów, parków, cmentarzy i miejsc rangi historycznej.

środa, 29 grudnia 2010

***

schronienie
jak kromka spleśniałego chleba
rzucona gołębiom
na placu zapomnienia

wśród dziesiątek dziurawych rękawic
próbują na ślepo dojrzeć
żar dłoni czystych

zbieżności losu
ironia powtarzalności
Piłat już dawno odszedł
zostawiając niezakręconą wodę



Nick Cave & The Bad Seeds - Into My Arms

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wszystko od początku...

Już niedługo ponownie wodzić będę palcem po zakurzonych stopniach "schodów" wchodzących w skład: sekund, minut, godzin, dni, tygodni, miesięcy, lat. Całe pokrętne misterium życia zamknięte w rozdziale dwunastu miesięcy, które tak naprawdę stanowią ciągłą linię bez początku i końca dla pokrzepienia nastroju poetycko zabarwianą na okrągło czterema porami roku.
W całym tym splendorze jedynie kaprys kopulacyjny dwojga ludzi z motywem tzw: zaskoczenia, sprawia iż zostajemy siłą wyrwani z "czeluści szczęścia nieopisanej nicości" do kształtującej się formy życia na wyżej wymienionej linii ciągłej.
Dajmy więc spokój z do znudzenia utartymi duperelami w postaci wymuszanych uśmiechów, łachmaniarskich postanowień, przyrzeczeń i noworocznym konfetti ospale zwisającym z przepitej twarzy. Po prostu żyjmy skoro już musimy. Róbmy to jednak jak najlepiej. Zarówno dla siebie samych jak i dla tych, co krążą wokół nas. I nie chodzi tu o zbliżający się 31 grudnia. Równoznacznie może być dzisiaj 15 maja.

To wszystko jest tylko linią ciągłą, na której znaleźliśmy się bez naszej woli...


Edward Stachura - Wędrówką jedną życie jest człowieka

wtorek, 21 grudnia 2010

Lapida 37

Święta. Gorączkowe poszukiwania Zbawiciela między sklepowymi półkami zdają się nie mieć końca. Szał konsumpcji trwa na dobre. Grudniowa atmosfera tylko podgrzewa sytuację. Śnieg pod nogami topnieje, sianko w żłobku gnije, portfel szczupleje. Jak to mawiali żydowscy kupcy; Mesjasz mesjaszem a interes musi się kręcić. Zaprawdę mieli rację.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Zima nie daje za wygraną...


... choć Wimbledon jeszcze widać spod śnieżnej czapy.

czwartek, 16 grudnia 2010

***

a za oknem
mży
powoli
jednostajnie
po linii prostej
gdy wiatr zamiera
raz za razem
w szarym pejzażu
rozmytych postaci
czai się z góry
śmierć w kropli deszczu

środa, 15 grudnia 2010

Zryw

Tylko pozytywny zryw. Mały kopniak w leniwe i ospałe dupsko, znużone żałosną monotonią wykonywanego zawodu. Jeżeli nie ciało to chociaż myśl. Jedno nie przeszkadza drugiemu wznieść się ponad przeciętność i poszybować w nieznane dotąd obszary - literatury, krajobrazów, zapomnianych szlaków, muzycznych dźwięków. Mimo nędznej sztuczności na której bazuje równie nędzny świat, istnieje wiele piękna, które tylko czeka na nasze odkrycie. Szkoda marnować czasu na doczesne duperele. Lepiej wyrwać się gdzieś w nieznane, zanim zgorzkniałość wypełni nam kości... .

niedziela, 12 grudnia 2010

sobota, 11 grudnia 2010

Punkt zwrotny

Nie jestem godzien
by wychylić głowę
ponad turbiny czasu.
Tętniący ból pod skroniami
odbiera możliwość
wybiegania myślą
poza utarty szlak,
skalanej mieleniem warg
liturgii narodzonego nędzarza.
Postanowiłem pozostać w miejscu.
Krainy łagodności
już dawno pokrył mech.
Na nic się zda
łkanie o lepsze jutro.

sobota, 4 grudnia 2010

Anamneza

Jak przez mgłę; drobiny, opary, zarysy pojęć, definicji, obrazów, zniekształconych pejzaży, balansów doświadczania - kotłują się nader intensywnie w jednolitej, chłonnej na wszystko masie. Pulsującej życiem galarecie skrzętnie ukrytej pod pancerzem czaszki.
Na próżno szukać początku pozwalającego sklecić poszczególne fragmenty przeszłości w jedną przejrzystą całość. Tak, aby w pełny sposób zaspokoić wizję tego, co przeżyte a co mimo woli, uporczywie tkwi wetknięte w archiwalne szuflady umysłu.
Zbyt zakurzony by sięgnąć początku, zbyt ograniczony by określić koniec, kontynuuję proces sycenia wyobraźni w oparciu o strzępy doznanych chwil. Siedząc przykuty do fotela, zapatrzony w martwy punkt, oddaję się pod władanie powtarzalności.


Kammarheit - The Ruins and The Serene

środa, 1 grudnia 2010

Życiowa przestrzeń

Uciekam myślą do miejsc mniej zagęszczonych. Staram się kierować swoje kroki ku otwartej przestrzeni. Wyludnionej, o jak najmniejszym wskaźniku ludzkiej aktywności, gdzie dający się słyszeć dookoła zgiełk, przestaje w stopniu choćby minimalnym wbijać swoje zardzewiałe gwoździe w sfrustrowane i zdekoncentrowane chaosem miast skronie. Jeżeli zachodzi potrzeba zataczam koła na niekorzyść czasu. Rozwiązanie nieco dłuższe, ale w konfrontacji z żywą, napierającą na Ciebie masą - bezkonkurencyjne. Chwytam każdą chwilę. Pochylając się nad światem własnej wyobraźni, łapczywie faszeruję go sobie przyswajalną literaturą. Wypełniam jego powierzchnię niezliczoną liczbą ambientowych dźwięków, w których nuty znajdują pełne spełnienie dopiero na linii szóstej. W ten sposób buduję swoją samotnię, pogrążając się tym samym w powolnym procesie (pozytywnego wedle własnego uznania) zdziwaczenia.


Phelios - Deadspace

sobota, 27 listopada 2010

Powiewu historii ciąg dalszy

Jak to powiadają "na każdego bat się znajdzie". Tak też się stało ku uciesze Edwarda I w stosunku do sen spędzającego mu z powiek szkockiego rebelianta - Williama Wallacea.
Zdradzony przez ludzi, w których pokładał wyzwoleńcze spod angielskiego jarzma nadzieje, został stracony 23 sierpnia 1305 roku w sposób dość okrutny i wyrafinowany.
Sądzony za swe czyny był w tym samym gmachu w którym na świat przyszedł legendarny Młot na Szkotów - Edward I. Ściślej w Westminster Hall, będącej najstarszą częścią Parlamentu.
Wyrok rozprawy był jednoznaczny - Śmierć. Choć za wyrażenie skruchy przed królewskim zwierzchnikiem mógłby liczyć na śmierć w formie nieco łagodniejszej. To jednak zupełnie nie wchodziło w rachubę, gdyż byłoby to zaprzeczeniem wszystkiego o co Wallace walczył przez całe swoje krótkie życie.

Tower of London

Już osądzony, ulicami Londynu został nago ciągnięty przez konie, aż do osławionego, ociekającego krwią miejsca zwanego "Smithfield Elms" - dzisiejszy West Smithfield Park ulokowany w północno-zachodniej części miasta. Tu, oprócz kwitnącego handlu, odbywały się również wszelkie publiczne egzekucje dokonywane na kryminalistach, heretykach, odszczepieńcach oraz tych co swoją mądrością lub przekonaniami śmieli wystąpić przeciw angielskiej koronie.

West Smithfield dzisiaj

Na placu Wiązów (z ang. Elms)William Wallace został powieszony, następnie przyduszonego odcięto i stopniowo patroszono tak, by mógł utrzymywać się przy życiu w miarę długo. Skonał ostatecznie przez wyrwanie mu serca. Po śmierci jego ciało poćwiartowano i wysłano w różne strony świata ku przestrodze dla Szkotów.

Tablica pamiątkowa upamiętniająca czyny i poświęcenie Wallacea znajdująca się na na jednej ze ścian St. Bartholomew's Hospital nieopodal miejsca jego egzekucji.


środa, 24 listopada 2010

Rzut subiektywny

Myśl o tym, że poczucie sensu zanika wraz z aktem naszych narodzin napawa mnie wewnętrznym spokojem i wprawia w stan nihilistycznej beztroski...


Deutsch Nepal - Morgue Restaurant

wtorek, 23 listopada 2010

Nocy kres

Rękoma w sennej malignie
niebo gęste przerzedzam.
Z uzyskanej przestrzeni
wyłuskuję gwiazdy łapczywie.
Wszak czasu jest mało
i noc chyli się ku końcowi.
Potem zaś,
zamiast kawy porannej,
chwycę w garść pierwszy blask słońca
i przebiję się nim na wylot
nie wstając nawet z łóżka.

piątek, 19 listopada 2010

Boski kaprys

Przyjmując metaforycznie, iż Bóg stworzył wszystko własnymi rękoma wieńcząc swoje dzieło tworem ostatecznym jakim był człowiek, dochodzę do wniosku, że materiał poświęcony na "nas" pobrał z resztek brudu jaki został mu pod paznokciami.
Bluźnierstwo lub jak kto woli szyderstwo; adekwatne do "naszej" aktualnej wartości aksjologicznej.

niedziela, 14 listopada 2010

Powiew historii


Pałac Westminsterski zwany potocznie Parlamentem, stanowi zaraz obok wyrastającego z jednego jego boków Big Bena, jedną z głównych wizytówek Londynu. Oglądam go każdego roboczego dnia dwa razy, co w skali rocznej daje wynik 520-stu widzeń. Nie mogę więc powiedzieć, że jego wyjątkowe piękno robi już na mnie piorunujące wrażenie. Aczkolwiek, ostatnio ciekawie było jeszcze raz rzucić na niego refleksyjnym okiem, gdy dowiedziałem się, że w nim właśnie przyszedł na świat 17 czerwca 1239 roku Edward I zwany Długonogim Młotem na Szkotów. Ten sam, którego "rebelcze" wybryki Williama Wallacea (ukazane w filmie Gibsona "Braveheart") doprowadziły do niejednego rozstroju żołądka :)

środa, 10 listopada 2010

Wiersz mówiony lub krótki testament z chwili bierzącej, będącej teraz przeszłym zdarzeniem zapowiadającym kolejny dzień ...

Piszę ten "wiersz" na kolanie, wetknięty jak opuszczony przedmiot w siedzenie pociągu metra.
Na zewnątrz liście szamotane wiatrem gniją w kroplach deszczu. Jesień spluwa żółcią .
Lecz mnie tam nie ma, ale czuję ten posmak ściekający gęstą zawiesiną z mojej pomiętej twarzy.

Zmierzch zapada. Za rogiem, jak co środę L. Wittgenstein czai się z zamiarem kolejnej próby wbicia mi noża w plecy. To kara za źle pojmowany pragmatyzm życia.

Lecz nie dzisiaj. Nie w tej chwili. Nie w tym właśnie zaistniałym momencie.

Lisy zaczynają wieczorny żer, przeszukując żałosne ułożenia londyńskich ulic.

Niestety, nie mam w tym udziału. Truchło zamarłe w nabitym gąbką fotelu (znaczy się ciało jeszcze) wyczekuje kolejnej stacji ...



poniedziałek, 8 listopada 2010

Nastrój

świece na stole
magia jesiennych nocy
słychać świst wiatru

niedziela, 7 listopada 2010

Banał listopada - roku 2010

Po pięciu latach udało się postawić pomnik Chrystusa w Świebodzinie. Przez całą sobotę budowniczowie trudzili się by zamontować ramiona i głowę. Ks. Sylwester Zawadzki, pomysłodawca kolosa, rozpłakał się ze szczęścia, gdy operacja dobiegła końca. Gigantyczny Król mierzy więcej niż ten w Rio de Janeiro.

- Wybudowanie pomnika było dla mnie powołaniem. Chrystus objawił mi się i powiedział, żebym to zrobił. Tak się stało. Kierowałem się symboliką. Sama postać Jezusa mierzy 33 metry, dokładnie tyle ile miał Chrystus lat, gdy umarł na krzyżu - tłumaczył Zawadzki.




PS: W ewangelii Mateusza 24. 23-24 czytamy: "Gdyby wam wtedy kto powiedział: Oto tu jest Chrystus albo tam, nie wierzcie. Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i czynić będą wielkie znaki i cuda, aby, o ile można, zwieść i wybranych."

Choć w tym przypadku można powiedzieć, że mamy do czynienia z "największym na świecie aktem bałwochwalstwa" i po raz kolejny (sugerując się wypowiedzią pana Zawadzkiego) z kompletną nieznajomością Pisma Świętego w tzw: wielce "uduchowionym" od bodajże Mieszka I kraiku nad Wisełką.

sobota, 6 listopada 2010

Zakola

Gdzie usiąść wygodnie...
Gdzie spocząć,
na miarę dobrze rozprostowanych nóg...
Gdzie głowę opętaną w pijackim amoku
oprzeć bez zbędnych zgrzytań
przechodnich spojrzeń...
Gdzie odetchnąć
z dala od smrodu własnego oddechu...
Gdzie odsunąć moczem zalane krocze
z dala od przemokniętych nogawek...
Wymiocinami zamalowany kołnierz
przetrzeć zasmarkanym mankietem...
Gdzie szukać schronienia
na miarę swego upodlenia...
Gdzie dokopać się pogłosu
echa minionego...
Ja - człowiek -
w skali własnych możliwości,
powstanę z błota i ruszę
chwiejnym krokiem przed siebie...

piątek, 5 listopada 2010

Czas na własny "byt"

Uporczywie grzebię wykałaczką między dziąsłami. Wyskubuję resztki dnia. Nic specjalnego. Przeżuta mikstura, mająca zostać wkrótce zapita tanim rumem. Piątek wszakże. Czas zapomnienia, wytchnienia od przebolałych uczestnictwem weń minionych dni. Zawieszam chwilowo własne zaangażowanie w ruchliwym społeczeństwie. Przypomnieniem będą tylko leniwie przechadzające się cienie postaci za oknem i upierdliwy rechot samochodowych silników. Poza tym, tylko Ja w sobie samym. We własnej samotni napęczniałej od retorycznych pytań, dociekań nie na czasie i przeterminowanych koncepcji, mających notabene zmienić bardziej mój pogląd na aktualnie doznawany moment. To wszystko. Oddaję teraz głos nadchodzącej chwili.

Smokin' Bowl by The Real McKenzies on Grooveshark


PS: Na pokrzepienie ;)

środa, 3 listopada 2010

Tłum

O pojęciu tłumu nie zawsze prawi się w samych superlatywach. Za dawnych czasów już Arystoteles zwykł określać go mianem "ludzkiego zezwierzęcenia". Na ogół przyjęło się twierdzenie, że tłum stanowi bezosobową masę, pozbawioną koloru i tożsamości. Przyjmując takie rozumowanie tzw. tłumu jako tłumu jest ono do zaakceptowania. Nie zapominajmy jednak, że jego istota składa się z jednostkowości. To jest z poszczególnych indywidualnych elementów. Oznacza to, że w tym cielesnym zagęszczeniu odnajdziemy przynajmniej jeden odnośnik (dostatecznie wyrazisty), który pomoże nam wynieść się ponad utartą filozofię tłumu. Jest nim nasza "twarz". Jedyna w swojej niepowtarzalności, unikalna, nie do podrobienia. Pozbawiona obiektywnych etykiet. Będąca podkreśleniem charakteru, stanowiącego swoisty wyróżnik w skupisku.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Morał niewątpliwy

młodzieńcza ironia
zgryźliwa szczypta pogardy
wobec tych,
co zmierzyli się z czasem...

nie szczerz zębów bracie
z biegiem lat i Ty
pokryjesz się rdzą
niczym ta śruba
wkręcona w strop dachu
nad twoją głową

niedziela, 31 października 2010

Ta deszczowa niedziela...



KSU - Deszcz

Na zewnątrz rozpływające się na szybach strugi deszczu wyglądają jak zrozpaczone wodospady próbujące usilnie wedrzeć się do środka pokoju. Każda kropla wybija inny rytm, inny dźwięk. Wmieszane w ogólny jazgot ulicy powodują nieuzasadniony smutek, samotność oraz poczucie senności. Zamykam swoje oczy oddając się dobrowolnie pod władanie tej drążącej niepokojem umysł czynności.

piątek, 29 października 2010

Pozytywnie, wręcz na wariackich papierach ...

... na piątkowe popołudnie.

The Pogues - Smell of petroleum

środa, 27 października 2010

Miara utęsknienia

Zimnym oddechem
wypełniam przegniłe spoiny
między ziemią a niebem -
miejscem mojego
uwieczniania teraźniejszości.

Kciukiem lewej ręki
przytrzymuję kurczowo
wizję jeszcze ciepłych resztek -
zbieranych z matczynego stołu
po skończonym posiłku.

Nie na próżno zwodzę wzrokiem
wskazówki zegarów -
odległości doznań
mierzonych naprędce
są takie kruche.

wtorek, 26 października 2010

***

jesienna aura
hula pierwszy przymrozek
szczypiąc za uszy

poniedziałek, 25 października 2010

Lapida 36

Sama myśl o tym, ile w naszych głowach gnieździ się haseł, kodów, pinów napawa mnie przerażeniem i lękiem. Czy aż do tego stopnia stanowimy podmiot własnego ubezwłasnowolnienia? Wraz z rozwojem techniki jesteśmy wręcz zobowiązani do noszenia w sobie ogromu matematycznego śmietnika. Złudna wizja mająca na celu zapewnienie nam zewnętrznego bezpieczeństwa. Nie zawsze jednak skutecznego. Kiedyś podstawowym źródłem był klucz od mieszkania, książeczka PKO oraz stos dokumentów trzymanych w państwowych archiwach lub domowym zaciszu. Dzisiaj jest to istna cyfrowa twierdza.

piątek, 22 października 2010

Coś na obolały ząb do piątkowego piwa


"Sąsiad" z repertuaru projektu Hi-Fi :)

środa, 20 października 2010

***

w zaciszu pokoju
z dala od rażącego w oczy
światła dnia
we własnym barłogu
do ostatka umiłowanego
z pochyloną głową
kontempluję etymologię słowa

- upadek

poniedziałek, 18 października 2010

Mrowienie wewnętrzne


Puste miejsca, niegdyś tak tętniące życiem i obecnością istot rozumnych. Teraz jak porzucone obiekty kultu, stają się ofiarami powolnej erozji zapomnienia. Rdza przeszłych doznań wdziera się w zakamarki przyszłych dociekań. Czyniąc podświadomą obawę jutra, zamęt działania, niepewność w zdolności planowania i zarządzania obiektami namacalnymi jak i irracjonalnymi pojęciami idei wprost ze świata marzeń i sennych abstrakcji.
Myśl o tym, że nieuchwytnym sprawcą stojącym za zagadnieniem wszelkiej "wszelakości" jest "relatywizm" i jego nieugięty towarzysz "względność", sprawia iż sucha łza zwątpienia iskrzy się w zdezorientowanych oczach.

niedziela, 17 października 2010

czwartek, 14 października 2010

Majaki

ze słów wyrwanych z kontekstu
buduję obraz własnej podejrzliwości
wobec siebie samego
wobec ciebie
wobec wszystkich

niedziela, 10 października 2010

***

wczoraj
spotkałem starego znajomego
szara ulica
odgłos kroków
po przeciwnych stronach bycia
twarz przeszyta grymasem szybkiego cześć
chwilowy uśmiech i garść wspomnień
wyrzuconych na śmietnik

życie jest pełne rozbieżności

Another Tune for the Wounded by Foundation Hope on Grooveshark

piątek, 8 października 2010

***

***
tęsknota serca
głos matki w słuchawce
skraca odległość


***

tęsknota serca
ogół rozmów z ojcem
przynosi ulgę


Rodzicom

poniedziałek, 4 października 2010

Moja piękna złota jesień

Mam dzisiaj samopoczucie rozmiękłego herbatnika, zapijanego zimną, dwudniową, zwietrzałą kawą.
Wszystko za sprawą tego pieprzonego deszczu, bezustannie siąpiącego już od przeszło czterech dni. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Dodaje otuchy dla mojej rezygnacji oraz doładowuje akumulatory podtrzymujące przy życiu "pozytywną" wizję świata. He, he, he ... . Trochę ironii zmieszanej z gorzką wydzieliną doznawania, spluniętą prosto w mokry pysk codzienności - dobrze mi robi! Poza tym nic nowego. Próbuję chwytać otwartą dłonią ten wiecznie uciekający między palcami czas. Jednocześnie wg. cioranowskiej wizji; odklejać go od istnienia, zrozumieć niezrozumiałe itp. drobnostki. Do tego wszystkiego przeplatam "Fajdrosa" Platona ze słodkim brzmieniem AC/DC. Tak na szybcika, bez głębszych analogii.

sobota, 2 października 2010

piątek, 1 października 2010

Ulica

Za oknem
pomiędzy strzępami
starej firany,
świat widziany
od strony Dorset Road
ulega zmianie,
tylko dzięki
niepohamowanym kaprysom
czterech pór roku.
Reszta tkwi niewzruszona,
wkomponowana
w majestat nadgniłej podwaliny.

środa, 29 września 2010

Środek tygodnia

Wcale nie jest łatwo tłamsić w sobie najróżniejsze obiekcje i sprzeczne reakcje. Prędzej czy później nadchodzi czas w którym zmuszony jesteś wykrzyczeć wszystko to co myślisz. Najlepiej prosto w zadufany pysk znienawidzonego przez Ciebie do szpiku kości przełożonego z pracy, bądź policjantowi na skrzyżowaniu ulic lub też w najlżejszej wersji upierdliwemu sąsiadowi, który co poranek wyprowadza swojego kundla wprost przed twoje drzwi, by ten bez większych ceremoniałów mógł na nie naszczać.
To nie było przeczucie. To był pewniak, niczym niezawodny traf obstawiony podczas niedzielnej gonitwy. Dziś przyszła jego kolej. I nie było w tym nic dziwnego. W świecie płytkich idei nafaszerowanych po brzegi marketingową papką, wolna, głęboka w swoim pięknie myśl, nie idzie w parze z przyjętym przez społeczeństwo konsumpcyjnym stolcem.

- Pieprzę to!
- Co proszę?
- Powiedziałem wyraźnie - Pieprzę to! Sram na to! Mam to głęboko w swojej spęczniałej dupie!
- No proszę pana, taki przejaw niesubordynacji w miejscu pracy będę musiał zameldować do głównego kierownika działu.
- Możesz nawet zameldować to prosto do świętego Piotra! Ty tępy lamusie, wylansowana menadżerska łajzo!

W chwili, gdy wypowiedział te słowa, spostrzegł miernotę swojego oprawcy. Patrzył jak policzki jego pewnego siebie ryja nabiegają krwią, pulsując nieregularnie, niczym końskie jaja podczas wymuszonego galopu. Nie zaprzeczał, sprawiło mu to chwilową satysfakcję, choć z góry było wiadomo kto poniesie konsekwencje tej potyczki.

- Ja kategorycznie protestuję wobec takiego zachowania! Pan stanowczo zapomina, gdzie się aktualnie znajduje. To nie do pomyślenia, by w tak ekskluzywnym i profesjonalnym miejscu dochodziło do takich karygodnych i poniżających ekscesów. Jest pan natychmiast, dyscyplinarnie zwolniony bez możliwości ubiegania się o pozytywne referencje.
- To ja Cię zwalniam Ty nażelowana łepetyno z możliwości zabierania jakiegokolwiek zdania skierowanego w moją stronę. W ogóle zwalniam z życia Ciebie i całą tą pierdoloną kadrę z góry, która zamiast ruszyć swoje obrośnięte hemoroidami zady, bezmyślnie wpatruje się tylko w monitory swoich laptopów. Do widzenia!

Pieprzeni profesjonaliści własnych ambicji. Doprawdy trudno uwierzyć, że dożyliśmy czasu w którym o Twoim losie decyduje naciśnięcie odpowiedniego klawisza klawiatury. Że też to ziemia musi być wypchana po brzegi tym zafajdanym kurewstwem. Psują tylko zdrowie człowiekowi, skurwysyny jedne - pomyślał trzaskając na wyjście drzwiami.

Południe na zewnątrz było rześkie, oszałamiające w swojej prostocie, zorganizowane pod każdym względem, pełne werwy i jesiennego zapachu. Dookoła wolnym krokiem wmieszani w szelest liści przemieszczali się ludzie, z których twarzy mogłeś wyczytać o konsekwentnie wytypowanym celu w życiu.
Zdecydowanym kopniakiem wymierzonym w kilka pustych puszek po piwie, rozpoczął swoją niczym niezobowiązującą wędrówkę przed siebie. W kieszeniach lumpeksowej marynarki pomiędzy zmiętymi kartkami z wierszami panoszyło się kilka zaskórniaków. W sam raz na średniej jakości bełta.

- Żona nie będzie pocieszona - pomyślał. Miłość nasączona poezją nie jest wystarczającym czynnikiem zapewniającym minimum komfortu w związku. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi jarzmo odpowiedzialności za siebie na wzajem.
- Psia kość!!! A miało być tak pięknie... - wycedził między zębami.
- ...bo w sumie na upartego rzecz biorąc - Jest! - dodał naprędce w myśli.

Raz jeszcze przepłukał gardło wizją wina i zamknął oczy, zagłębiając się w swoim niesprecyzowanym, aczkolwiek pięknym na swój sposób żywocie.


Londyn 07-10.IX.2010

czwartek, 23 września 2010

***

... Za nic nie mogę odszukać w tym mieście miejsc pamięci, które choćby w sposób namiastkowy oddawały atmosferę tego, do czego mógłbym naprawdę załkać z tęsknoty. Choćby minimalne podobieństwo, powidok, miraż, widmo, w najgorszym wypadku - pijacka fatamorgana. Nic z tych rzeczy. Po prostu nic ... .

Tomorrow by Bono on Grooveshark

środa, 22 września 2010

O curwa, ale kyrk *

W sumie to mam głęboko w nosie, czy jesteśmy pod opoką jasnogórskiego króla czy częstochorej królowej. Czy korona z orła przechyla się bardziej w lewo, czy też w prawo. (Kwestia wyśrodkowania jest raczej niemożliwa). Czy plebs zawodzi "Rotą" do krzyża czy do pala. Wiem jedno; Po 10 kwietnia przez ten śmieszny kraik przetacza się apokalipsa absurdu i głupoty. Uwidoczniona w sposób maksymalny, aprobowana przez tzw: "władze" w sposób nad wyraz dziecinny i niepojęty w swojej farsie.

* nagłówek w tytule zasłyszany gdzieś bardzo dawno temu.

poniedziałek, 20 września 2010

Zawroty

W zamyśleniu
patrząc do góry
wyskubuję z pejzażu nieba,
to co trwa "umowną" chwilę.
Resztę żywcem grzebię
pod podeszwą dziurawych butów.

niedziela, 19 września 2010

***

Czym dla Ciorana jest filozofia?

"Robakiem w owocu ..."

A ja się tak głowiłem, skąd bierze się ta słodka lepkość w moim życiu!

czwartek, 16 września 2010

Lapida 35

Uświadomienie sobie faktu wyrwania nas z błogich czeluści nieistnienia, automatycznie przybiera postać bezlitosnego brzemienia, z którym będziemy się już borykać, aż po kres naszych dni.

wtorek, 14 września 2010

Względność odniesienia

Siedzę na tarasie zawieszonym na skraju urwiska do którego prowadzi tylko jedna droga. Z dala daje się widzieć tę cholerną jaskinię Platona. Omijam ją szerokim łukiem. Piję kawę, każdy jej łyk zagryzam kostką brązowego cukru. Palę nieistniejące papierosy i rozmyślam nad niepojętością pewnych zjawisk, których dynamika rozwoju spędza mi sen z powiek. Nieumiejętność postrzegania wszystkiego, w taki sposób w jaki jawi się on dla naszych oczu, zawsze prowadzić będzie nas do zadawania pytań retorycznych.

Ps: Czuję się tak kurewsko przeterminowany, że nawet nie chce mi się nabierać w płuca powietrza. Nie wspomnę już o konieczności jego wydalania... Cioran zapewne pochwaliłby mnie za taką postawę, nazywając ją życiem pełną piersią.

poniedziałek, 13 września 2010

***

Ileż to trudu, znoju, samozaparcia, siły woli, wytrwania, cierpliwości, giętkości umysłu trzeba wkładać każdorazowo w ten bajecznie brutalny fakt rzeczywistości - że realnie istniejemy. Żyjemy tu i teraz. Pozbawieni wszelkich wątpliwości i złudzeń o tej absurdalnej prawdzie, stawiamy codziennie z większą lub mniejszą pewnością siebie stopy na tej lichej ziemi. I na nic się zda próba oszustwa polegająca na gwałtownym zamykaniu oczu!

_____ . _____


Jakże smutnym i trywialnym wydaje się być fakt, że wraz z naszą śmiercią umierają wszelkie nasze myśli, wspomnienia, osiągnięcia, marzenia, dążenia, sukcesy i porażki. Wszystko to, co dotychczas nosiliśmy w wewnątrz nas jako bagaż egzystencjalny obraca się w pył nieistnienia. Nie pozostawiając po sobie (jako nośnika idei w nas samych), choćby odrobiny odchodów w postaci kurzu.

piątek, 10 września 2010

***

W amoku myśli
ciszy wyciosanej
z resztek dnia
znad szklanki
pełnej rumu
czoło chylę
do pustki
rozdartej
niczym rana szarpana
na szklistym tarasie
wrześniowego nieba


Ps: Rozgniata mnie, miażdży moje wnętrzności, patroszy umysł, wysysa tchnienie życia - myśl o "niebycie" jako jednej z najdoskonalszych form istnienia. Niczym nie skażona idea piękna w najczystszej postaci. Nieodgadniona, niepoznawalna, wieczna zagadka czyniąca zamęt w świadomości niosącej namiastkę jej oblicza. W tym wszystkim Cioran dodaje kulminacyjnej oliwy do ognia.

wtorek, 7 września 2010

Na drugą stronę

niebiosa zatoczyły
pętlę wokół mojej szyi
zaciskając węzeł
z każdym oddechem
resztką sił czerpię
z obfitych odpadów
tak hojnie
przez matkę ziemię
serwowanych
świadomie
na złamanie karku
gnam przed siebie ślepo
mając w poważaniu
zwycięzców
w tej grze obłudnej
pewny stawiam krok

czwartek, 2 września 2010

***


tam gdzie drogi
kres nastaje
przystanę na chwilę
zdejmę obuwie
twarz słońcem obmyję
i ruszę na boso
w wyobraźni krainę

niedziela, 29 sierpnia 2010

Powroty

Było, minęło. Nie powróci już ponownie w tej formie w jakiej zostało doświadczone. Jednakże pozostanie w sercu obok innych przeżytych form. Budując obraz szczęścia, wspomnień, pamiątek, tęsknoty, nadziei. I niechaj tak trwa, przybliżając "oczekiwanie" w rytmie pędzącego czasu do kolejnej przygody w miejsca, gdzie nostalgia może w końcu odpocząć opierając swój ciężar na przydrożnym kamieniu.

Antonina Krzysztoń - Śmiechu mój

sobota, 28 sierpnia 2010

***

W deszczu rozmyte miasto
w deszczu rozmyty idę ja.
Deszczem przysłonięte kamienice
deszczem przysłonięty między nimi ja.
Płaczem deszczu ociekają drzewa
płaczem deszczu łez ociekam ja.
Płaszczem deszczu przykryte niebo
płaszczem deszczu łez przykryty ja.
Ziemia lustrem kałuż zasłana
w tych lustrach odbicie mojej twarzy ma.
W pejzażu szarych chmur spowita
moja dusza wspomnieniami łka.

Lublin 27.08.2010

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

***

Miejsca pamiątek,
gdzie piosenki przypomniane
strącają kurz z zapomnianych tarasów.
Oddech na nowo
wypełnia woń zielonych pejzaży.
Zaś każdy puls bijący w skroniach,
ożywia taniec ptaków na niebie.
A przymknięte powieki
zaczynają tańczyć taniec
z młodzieńczych lat.
I ten zapach co dodaje życia
w ślepej ucieczce czasu,
na nowo przyodziewa zmysły
w nadziei powrotu blask.

Kazimierz Dolny 2010

piątek, 20 sierpnia 2010

***

Wszystkie próby osiągnięcia inspiracji, natchnienia, stworzenia czegokolwiek spływają ciurkiem po spoconym czole. Tworząc malutkie punkty wilgoci na kartach notatników, książek, pojedynczych stronach papieru. Na rozgrzanych słońcem płytach chodnikowych, krawężnikach, asfalcie. Żar buchający z nieba jest po prostu nie do wytrzymania. Odbiera bezprecedensowo wszelką chęć działania.

Lublin 14.08.2010

_____ . _____


Jest takie miejsce, gdzie smak chleba zagryzany cebulą smakuje chwilową wolnością i szacunkiem. A mrówki wędrujące spokojnie po gołych stopach, wracają z powrotem do swoich domostw, bezpiecznie kultywując zakres codziennych obowiązków. Wiatr zaś nie powali Cię na ziemię ze stromych schodów, podczas gdy w żyłach zamiast krwi dominuje tani trunek.
Jest takie miejsce...

Kazimierz Dolny 16.08.2010

czwartek, 12 sierpnia 2010

Z myśli urwanych...

Dużo się od tej pory zmieniło w tej okolicy. Pamięć przywołuje wspomnienia kojącą ciszą i niezmienną postacią dzikiej śliwy. Poza tym, guzik domofonu jest już używany przez zupełnie obce osoby. Osoby, których nie znam, nie poznam i zapewne nigdy nie zobaczę ...
_____ . _____

"Spuszczaj wodę miły panie, jak nie spuścisz będzie lanie" - Informacja zwisająca znad pisuaru w publicznej toalecie na dworcu PKS w Lublinie.
Spuściłem...
_____ . _____

Księgarnie, antykwariaty, uliczne stragany z literaturą. Dłonie delikatnie wodzą po twardych i miękkich oprawach książek. Istny orgazm dla opuszków palców. Napływ gotówki dobrze spożytkowany zapewni ucztę dla oczu na najbliższe miesiące ...

Lublin 10.08.2010
_____ . _____

Taka cisza, zapomnienie, wewnętrzny spokój i równowaga emocji. W oddali słychać robotników pracujących przy odrestaurowywaniu kamienic i nierówną grę ulicznego flecisty. Z zamkniętymi oczami dopijam piwo i ruszam w drogę w poszukiwaniu "Pomnika Szwedzkiego" ...

Lublin 11.08.2010

niedziela, 8 sierpnia 2010

***

nocny sen puszczy
przerwany gniewem burzy
zbudził lament drzew

Hajnówka 07.08.2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

Już prawie...

W powietrzu daje się już wyczuć ten tak dobrze mi znany powiew ponownego przecierania szlaków przykrytych kurzem rocznej nieobecności. Umysł mam zalany sztormem myśli, gradem pojedynczych słów próbujących odnaleźć swoje znaczenie w wykonywanych gestach. Pozbawionych jakiegokolwiek skupienia, harmonii, racjonalności. Jestem poza teraźniejszością. Wchłaniam w siebie ponownie to, czego doświadczam każdego roku. Za każdym razem jest to doświadczenie bardziej intensywne, osobiste, mające własny wydźwięk we mnie samym. I tak zapewne stanie się i tym razem, z tą różnicą że pragnienie powrotu będzie praktycznie zerowe ...

Edward Stachura - Dokąd idziesz? Do słońca.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Nie-senność

Środek nocy
mrok, czerń i cisza
w tańcu tkwią.
Ja zaś pogrążony
w sennej niemocy,
kopniakiem woli
zbijam gwiazdy z nieba.
Do pustej butelki po winie
skrzętnie je wkładam
i pod materac chowam.

Niekonwencjonalny
zapas światła
na przyszłe dni życia
pozwala odpocząć oczom.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Widok sponad

Nie mam w zwyczaju
zaglądać ludziom w twarze.
Penetrować wzrokiem
psychologię spojrzeń,
kontemplować mimikę gestów.
W dociekliwości drążyć
obcość umysłów,
powierzchowność wizerunków.
W zamian
lubię otwarte przestrzenie,
nasiąknięte pustką horyzonty.
Pozbawione oddechu
kontury martwych przedmiotów.
Nie gardzę również widokiem
zwiędłych kwiatów
w zakurzonych wazonach.
Pozostawionych na stołach
wokół których tętniło niegdyś życie.


Raison D'etre - Disintegrates From Within

niedziela, 25 lipca 2010

Niedzielne spojrzenia ...

...na to co było - co minęło bezpowrotnie - co zostało przeżyte, doświadczone.
...na to co jest - co aktualnie trwa - co jest przeżywane, doświadczane.
...na to co będzie - co nadejdzie w swoim czasie - co zostanie przeżyte, doświadczone.

Spojrzenie z perspektywy trzech słów tworzących całość, pełnię tego w czym się obracamy, funkcjonujemy, żyjemy, umieramy.


piątek, 23 lipca 2010

Szkockie poczucie humoru na płaszczyźnie językowej

Jakiś czas temu przeczytałem w jednej z tutejszych gazet o kursach języka angielskiego organizowanych dla szkockich policjantów. I nie był to bynajmniej artykuł w formie żartu. Wielu bowiem mieszkańców wysp narzekało na ciężar wynikający z braku płynnego porozumiewania się obu stron w "ojczystym" języku podczas rozmów telefonicznych. Pamiętam, że trochę mnie to rozbawiło. Skecz, który tu umieściłem, utrwalił mnie jednak w przekonaniu, że wszystko może być możliwe :)

czwartek, 22 lipca 2010

Z biegiem lat

twarz pełna zmarszczek
dziecięcy śmiech za oknem
zbudził wspomnienia

wtorek, 20 lipca 2010

Krok za krokiem

poranną kawą
przepłukać gorycz nocy.
śpiochy z oczu strącić
kiwnięciem palca u nogi.
na śniadanie
przerzuć okruchy
wczorajszego chleba
jak zostały jakieś...
potem już tylko
czorta na plecy zarzucić
i przed siebie w dal wyruszyć.
diabli bowiem wiedzą,
gdzie nogi dzień poniesie.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Chwilowe ujęcie obłędu w postaci abstrakcyjnej - wariant tymczasowy

A pamiętasz te kolory, które niegdyś tańczyły tętniąc życiem wokół obojętnych twarzy. Wykrochmalone osobowości pragnące uzyskać własną anonimowość. Zasysane przez betonowe opary nieruchomego oblicza aglomeracji. Gmach sumień posuwający się z wolna pośród niezliczonej liczby korytarzy, labiryntów, piwnic. Teraz, kiedy wszelkie barwy opadły już bezpowrotnie, wchłonięte przez manipulatorów emocji - dogorywam w wewnętrznej agonii przypadkowości zdarzeń.


Światła nadziei tak bardzo rażą niedoskonałe zalążki wyimaginowanych koncepcji. Umiejętność trzymania równowagi w jednym punkcie na czas nieokreślony przykrywa bielmem czujność oczu.


jestem...
gdzieś tam...
spokrewniony z biegiem świata...
próbuję narzucić sobie własne tępo stawiania kroków...

sobota, 17 lipca 2010

Mężczyźni w dolinie realnego zagrożenia

Śmierć w morzu spermy
jak lustrzane odbicie
powolnego dogorywania
obok kałuży niespełnienia.

czwartek, 15 lipca 2010

Podróż ...

Za oknem silne podmuchy wiatru sieją popłoch wśród zdezorientowanych liści drzew. Jego świst wdziera się także poprzez spękane szczeliny zapomnianych parapetów. Wprost do mojego pokoju, gdzie na środku wytartej wykładziny stoję Ja. Otoczony delikatną aurą powiewu zmieszaną z odgłosem łamania wskazówek zegara, odliczam niemrawo czas do opuszczenia siedliska czterech ścian. Na zewnątrz, na widok mojej zniekształconej twarzy przez wiecznie ociekające rosą szyby, chmury przybierają jeszcze ciemniejszą poświatę. Sprawiając wrażenie jakby na mój widok zaraz zaczęły płakać opadami deszczu. Głęboki oddech, powtórne zaciśniecie dłoni na skroniach. Ostatni cichy jęk poruszający opuszczone pajęczyny zwisające w rogach pomieszczenia. Pozbawiony złudzeń w postaci pytań retorycznych, poprawiam nerwowo niewyprasowany kołnierz koszuli. Wychodzę w zagęszczony mrok miasta. Ku niewiadomej, ku własnej zgubie ...

Raison D'etre - Mourning

poniedziałek, 12 lipca 2010

Głowa w Dół

Nieadekwatność założeń. Nieproporcjonalność wysiłku. Przewaga absurdu nad treścią wydawanych komend, poleceń, koncepcji. Małostkowość, powtarzalność, rutyna, pustka. Ogólna trywialność, groteskowość, farsa. Atak kiepskich żartów natury egzystencjalnej. Banalny komizm sytuacyjny - Oto podstawowy zestaw słów, znaczeń, określeń, przypadłości na którym buduję fundament działań w oparciu o system zdarzeń, w którym aktualnie tkwię. Właściwie to tonę, taplam się, grzęznę, wchłaniam w siebie, wsmarowuję. Do tego dochodzi jeszcze niepokojący symptom "pozytywności wieku młodego", polegający na natychmiastowym pragnieniu ponownego zamknięcia oczu do snu, w kilka sekund po ich porannym przebudzeniu.

niedziela, 11 lipca 2010

***



monotonia słów
sterta gazet na stole
spis codzienności

sobota, 10 lipca 2010

Ja pytam się

Dlaczego?
Dlaczego wszystko musi być
zawsze dobrze?
Dopasowane wobec wszelkich
dostępnych norm.
Bez możliwości poniesienia
skazy sumienia,
na choćby jednym z
wyznaczników
sporządzonych regulaminów?
Przepisów, dyrektyw,
rozporządzeń, poleceń ...
Dlaczego choćby raz w życiu,
nie mogę zameldować się
przy miejscu odpraw
najebany tak,
że ledwo rozpoznaję siebie?
A co dopiero
reguły zapieczętowane
przez wyżej ode mnie
ustawionych wąsaczy.
Penetratorów niewinnych istnień...

czwartek, 8 lipca 2010

Banał lipca - roku 2010

Pracownicy sklepów Carrefour, gdy chcą zjeść drugie śniadanie, pójść na papierosa czy skorzystać z toalety - muszą stanąć na czerwonej kropce pośrodku sklepu. Tam czekają na kierownika, który podejmie decyzje, czy mogą mieć chwile przerwy.

- Tego się nie da opisać słowami, to trzeba zobaczyć. Bardziej się nie da poniżyć człowieka. Aby załatwić potrzeby fizjologiczne, pracownicy muszą ustawić się na czerwonej kropce namalowanej na podłodze! Stają się pośmiewiskiem w oczach klientów. Kojarzy się to z obozem czy z więzieniem - opisywał sytuacje w jednym ze sklepów w Lublinie.



GW.2010.07.28


PS: To nie brzmi nawet jak banał. To czysta zgroza, żenada, bezmózgowie, element ufajdanego kwaśnym lukrem kapitalistycznego stolca. W końcu pusta rzeczywistość, w której przyszło nam żyć i doświadczać tego typu bzdur. Pana kierownika, to bym uwiązał za jąderka do klamki drzwi wejściowych sklepu. Podobnie jak całą tę jednolitą masę prezesów, menadżerów, dyrektorów i wszelakiego rodzaju gogusiów próbujących poprzez posiadaną "władzę" usidlić Cię według własnego wypaczonego widzimisię. A wszystko to dla ogólnego dobra i rozwoju interesów na rynku pracy, z którego to do syta korzystają tylko nieliczni. Bo jeżeli Ciebie można postawić w kropce, to kto może postawić "ich"? Prędzej czy później na każdego bat się znajdzie.

środa, 7 lipca 2010

Lapida 34 (niemalże liryczna)

Znaczenia słów...
Systematyka pustych pojęć...
Terminologia czczego gadania...

Jak wygasłe knoty świec
wypinają dumnie zwęgloną pierś,
w oczekiwaniu na nowy ogień
od naiwnych głupców
otoczonych erystyką złudzeń

poniedziałek, 5 lipca 2010

W kamiennym kręgu

W końcu udało nam się zorganizować jednodniową wyprawę w miejsce, które od zawsze chciałem zobaczyć - Stonehenge. Ta megalityczna budowla mająca swój początek grubo przed naszą erą zrobiła na mnie spore wrażenie swoją potęgą, strukturą i tajemniczością dawnego przeznaczenia.

Szkoda wprawdzie, że teren został opatrzony specjalną ścieżką prowadzącą dookoła świątyni. Nie było więc możliwości podejścia na tyle blisko, by móc poczuć odrobinę tej "kamiennej mocy". Wynikało to zapewne w trosce o zabytek i zapobieganiu nadgorliwości ludzkiej natury, polegającej na niemożliwości pozostania biernym w obliczu czegokolwiek. Tu mam na myśli kontynuację sztuki ciosania i dalszego rżnięcia w kamieniu. Dzisiaj zapewne już tylko na szkodę tego miejsca.

Poza tym, biznes musi się kręcić wszędzie. Bez względu na znaczenie i istotę miejsca. Tak jak na przykład w Kazimierzu Dolnym muszę zapłacić symbolicznego zeta, by zobaczyć panoramę miasta z Góry Trzech Krzyży (bez komentarza), tak tutaj trzeba wydać całe 6.99 funta, by w turystycznym ścisku przejść się dookoła porozrzucanych kamieni, niczym owce rzucone na polny wypas.

Nie wspominając już o bardziej wyrafinowanych formach konsumpcjonizmu i wyciągania mamony, jak cukierki toffi w kształcie elementów budowli Stonehenge lub łyżeczki do cukru zakończone według tego samego schematu.

Ta teraźniejsza forma traktowania, niegdyś świętego przybytku, nie za bardzo chyba przypadła do gustu unoszącym się ponad kręgiem duchom druidów - strasznie bowiem wieje. Moc wichru sprawia, jakby jakieś niewidzialne siły chciały rozdmuchać na wszystkie możliwe strony całą tą turystyczną gawiedź.

piątek, 2 lipca 2010

Aurea mediocritas ???

Lubię piątkowe wieczory. Jest to dla mnie czas, w którym mogę opatrzyć na krótką chwilę swoje filozoficzne odleżyny. Znikam wówczas na parę godzin w odmętach i krętych labiryntach systemów i teorii. Próbując dopasować poszczególne elementy ontologiczne, błąkam się po obszarach w których nic nie mogę przyjąć za dostateczny pewnik. Umysłowa masturbacja. Czysta hermeneutyka mniemań i przypuszczeń. Jakże ja uwielbiam się katować tym, co w mniemaniu ogółu jest zupełną stratą czasu.

czwartek, 1 lipca 2010

Pokrzepienie

Wczoraj, skorzystałem z wolnej chwili w nieprzerwanym ciągu trawionego czasu. Poświęciłem ją próbie odszukania odpowiedzi na dość trywialne pytanie: Co też siedzi w tej mojej głowie przez te wszystkie lata? Nastąpił moment zamyślenia i pozaracjonalnej odskoczni w głąb siebie. Po czym, jedyna klarowna odpowiedź, którą mój zdegustowany umysł zdołał z siebie wypluć wyrażała się w treści dość pretensjonalnej. Chodzi mianowicie o ogólny żal co do struktury i sposobu w jaki ten świat funkcjonuje. Burknąwszy pod nosem starą łacińską sentencję nihil novi sub sole, wróciłem do wykonywania codziennych czynności mających rzekomo wpływać na moje zawodowe morale. Co w rzeczywistości jest gówno prawdą, ale cóż - nie ja pierwszy i ostatni.

wtorek, 29 czerwca 2010

Nie dane być mi powinno...

Coraz bardziej utwierdzam się w przeświadczeniu, że moje stąpanie po tej ziemi to nic innego jak tylko jakaś niewytłumaczalna pomyłka. Wewnętrzny paradoks wynikający z przyczyn całkowicie ode mnie niezależnych. Niesmaczny kaprys losu, w którym przyszło mi brać udział, a za który muszą płacić bolesną cenę, tylko dlatego iż tkwię w takim a nie w innym przekonaniu o wyższości bytu doskonałego nad znikomością doczesnej materii oplecionej żywą tkanką z możliwością doświadczania boskiego pierwiastka w sposób sobie właściwy.
Co zatem robić? Cóż począć w sytuacji, w której absolutnie nie ma się już dłużej ochoty uczestniczyć w tzw. dotychczasowości wraz z jej ciągłością (tu wdziera się zazwyczaj zwątpienie) a jednak trzeba ją kontynuować, gdyż wszelkie możliwe i dostępne wyjścia "awaryjne" wiodą Cię do nieświadomej zagłady lub wiecznej niewiadomej?

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Ślepe Dryfowanie

Przedarłem się przez morze
pełne wylewnych łez.
Zgarniając na pokład
pokaźne zasoby ludzkiej
wrażliwości,
dobiłem do brzegu
bez większych obrażeń.
Teraz siedząc wygodnie
na jednej z tych skał
zbudowanych,
z zatwardziałych serc
i umysłów zbyt zadufanych
w sobie, by pojąć prostotę
rzeczy złożonych -
Spijam łapczywie
z pucharu zwycięzców
resztki własnych racji.
Nie bacząc przy tym,
iż moja łódź z każdym
zachłannym przełknięciem,
zsuwa się coraz bardziej w dół
osiadając na mieliźnie istnienia.

sobota, 26 czerwca 2010

***

księżyc w pełni
echo wilczego wycia
budzi mit nocy

czwartek, 24 czerwca 2010

Kres

jeszcze tylko chwilę
i oczy przysłonią się
płaszczem snu
pragnienie niebytu
wsiąknie ostatecznie
głęboko w czerń ziemi
- rzekomo rodzicielki naszej
ku chwale tym, którzy
w swoim dążeniu
podzieleni rozmaitością celów
ubijają prochy przeszłych dni

wtorek, 22 czerwca 2010

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Tłok

Intelektualna posucha przetacza się przez mój "punkt widzenia". Czuję się jakby ktoś uporczywie uwiesił się czubka mojej głowy i przez trudny do zlokalizowania otwór, codziennie ukradkiem wypłukiwał mi umysł kwasem solnym. Rezultatem owego zabiegu jest stopniowe kurczenie się bodźców odpowiedzialnych za wszelkie dostępne przejawy pokrzepienia. Włączając w to również skalę twórczego wzrostu, która nie dość że spękana z braku natchnienia, to jeszcze na domiar złego przetrzymywana przez nie znające litości czerwone światła. Ten zlepek sytuacyjny doprowadza mnie do szału.

Poza garniturem

nie po to zostałem spłodzony
by stać w jednym rzędzie
jak manekin uwiązany krawatem

kopniakiem z orszaku wybity
ze spuszczoną głową
będę szukał własnej podobizny
w brudnych kałużach
odbijających majestat
tego jebanego miasta

i nikt mnie nie zmusi
bym prostował kark
pod publiczność tłumu

czwartek, 17 czerwca 2010

Wernisaż - Wimbledon College of Art "Summer Shows 2010"




Uchwycenie momentu "martwości materiału", pozbawione jakiegokolwiek tchnienia lub choćby śladowej namiastki ludzkiej obecności, wywiera na moją wyobraźnię o wiele większy wpływ niż refleksja mogąca się zrodzić z podziwu dla malarstwa klasycznego, naszpikowanego tętniącym dookoła życiem. W tym przypadku nowoczesne spojrzenie na wyrwany z całości organizmu strzęp aglomeracyjnego pustostanu z nutą abstrakcyjnego poczucia osamotnienia.


Jest to tylko ogólny zarys wrażenia z wystawy mojego kolegi Yuichiro "Manji" Kikumy, studenta ostatniego roku malarstwa i sztuki, będącej częścią całości artystycznego przedsięwzięcia pod nazwą "Unleash Your Secret Creativity Weapon".

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Popioły


Są takie miejsca, w których nikt już na nas nie czeka. Nikt się nas nie spodziewa. Nikt nawet nie pyta o nasze istnienie. Wydają się być niczym opuszczone rozdziały naszej historii płynące z wewnętrznej niemocy, gdzie jedynym tchnieniem jest świst wiatru bezładnie miotający porzuconymi odpadami ludzkiej aktywności. Z czasem i one przybiorą formę zaniedbanych peronów, zatartych zmiennością rzeczy wspomnień, z których nie odjedzie już żaden środek transportu mogący zabrać nas bezpiecznie do powziętego celu.

piątek, 11 czerwca 2010

Dołączając prawie do tańca umarłych

Ostatnie wspólne tournee magicznego duetu Dead Can Dance mające miejsce w 2005 roku, przeżyłem w nieświadomości. Zapewne strząsając ze swojego ciała resztki stresu będącego wynikiem wyjechania z "kraju". Natomiast wiadomość o solowym występie Lisy Gerard z trasy "Live in London" z 2007 roku, dotarła do moich uszu zbyt późno bym mógł zarezerwować czas, nie wspominając o kupnie dawno już wyprzedanych biletów. Ale tym razem, całkiem nieoczekiwanie w atmosferze czasowej nienapiętości, bez większych problemów nabyłem bilet na koncert Brendana Perrego. I tak oto wczoraj, odbyłem półtoragodzinną wędrówkę, nasączoną refleksją wypełnioną melancholijno-progresywnym dźwiękiem instrumentów, napędzanych solidnym w swoim brzmieniu wokalem Perrego.

Dopełnieniem tego mistycznego wręcz klimatu był fakt, iż koncert odbył się w kościele Union Chapel z 1806 roku.

Tak więc, dotychczasowe pogo i szał odpadającej głowy, został zastąpiony przez przymrużone oczy wodzące w rozmarzeniu po wewnętrznych fasadach, gotyckich łukach i sklepieniach poddaszy oraz z wolna przysłanianych zbliżającym się mrokiem witraży.

Całość owego przeżycia zdecydowanie oceniam wysoko w swoich rankingach koncertowych wojaży. Choćby z tego względu, że będąc uczestnikiem przedstawienia nie odczułem zbyt wielkiej różnicy słuchając utworów wykonywanych podczas występu, a tych odsłuchiwanych z płyt studyjnych (gdzie większość pracy jest modyfikowana przy pomocy komputera). Ostatnio zaczerpnąłem tej rozkoszy dla mych uszu, kilka lat temu podczas koncertu Nicka Cave'a w 2004 roku (zostałem wręcz zmuszony do uczestnictwa w tym przedstawieniu, mimo iż kieszenie pękały w szwach z braku gotówki). Do dzisiaj nie żałuję tej decyzji.


środa, 9 czerwca 2010

W zawieszeniu

Świt. Pochłonięty mrokiem całonocnej aktywności, kurczowo opiera się o wiatę przystanku niedaleko Waterloo Station. Spazmy obojętności płynące z rozmazanych oczu regularnie potrząsają śniętym truchłem. Dla niego poranny powiew świeżego powietrza nie ma żadnego znaczenia. W zamroczonej świadomości granica jak i pojęcie upływu czasu, jest równie odległe jak rzucane pośpiesznie w jego stronę spojrzenia przechodniów. Całkowicie zresztą pozbawione empatii. Bo niby z jakiej racji miałby zrodzić się zalążek troski. Generalnie jest to chwila, w której wszelkie związki przyczynowo-skutkowe, skwapliwie lekceważą jego obecność jako źródło jakiejkolwiek przydatności w dążeniu do wiecznie nieprzewidywalnego celu.

wtorek, 8 czerwca 2010

Czas w którym "Carpe Diem" spada na pysk

"Z latami odchodzi się od małych namiętności, uczuć, fantazji, od odrobiny wnętrza, które się posiada, i wchodzi się po prostu (gdyż takie rzeczy przychodzą po prostu) w najtrywialniejsze pojmowanie życia."*



Nawet jeżeli przyjdzie mi cierpieć niewysłowione męki, gdzie plwocinami będzie znaczone imię moje a intelekt rozdzierany na strzępy przez powierzchowną gawiedź wystawiony zostanie na publiczną drwinę marionetek - O wielka i niezmierzona siło wolnej wyobraźni, nieopisana w swojej różnorodności marzeń, naznaczona wbrew płynącemu czasowi wspomnieniem młodzieńczych uniesień. Ty która toczysz kamień poezji po wydeptanych powszedniością dnia ścieżkach - Uchroń mnie przed dzieleniem losu z tymi, w których sercach ów wymieniony wyżej cytat zapuścił głęboko korzenie. Amen!


* Soren Kierkegaard "Choroba na śmierć", Wydawnictwo Zysk i S-ka, Warszawa 1995, s.57





sobota, 5 czerwca 2010

Autoportretu Szał


Podkładka muzyczna: Municipal Waste

środa, 2 czerwca 2010

Skowyt Ogólny

Nie czuję się ostatnio, jakbym chciał cokolwiek poczuć. Obce są dla mnie znaczenia słów móc, zrobić, przestać, zmienić, słuchać. Ogólnie rzecz ujmując cały ten sztuczny trypel, dzięki któremu funkcjonujesz jako jednostka społeczna. Wystarczy jednak mały bąk z pupy o odmiennym aromacie niż ten, który jest przyjęty w relatywnych normach, fałszywie stanowiących obiektywny fundament prawdy i porządku, by automatycznie stać się jednostką antyspołeczną. Tak więc w obawie przed pokusą wydobycia z siebie całej palety najróżniejszych aromatów z pochyloną głową zniknę na nowo pogłębiony w otchłaniach Kierkegaardowskiej rozpaczy nad sobą, rozpaczy z powodu niemożności pozbycia się siebie...

piątek, 28 maja 2010

Skowyt Po-e-Ty

poezja utkana
z szelestu
zeszłorocznych liści
wyciągniętych spod
parkowej ławki
po skończonym piwie
w spienionym ryku
będącym namiastką
próbnego orgazmu
z głębi serca
zatacza krzywe kręgi
na bezchmurnym niebie

tylko wybrani Aniołowie
akceptują ten rodzaj
twórczej dewiacji