niedziela, 28 lutego 2010

Końcowe dogorywanie, napędzane natchnieniem Lukasa

video
**Klaus Mitffoch - Nie jestem z nikim**

sobota, 27 lutego 2010

Lekkość


Żołądkowa zapijana pod subiektywne dyktando mrocznym Guinnessem. Z lewego, trochę zawodzącego głośnika sączy się nie dość pokrzepiający "Wykaz" Janusza Reichela. Ogólny zamęt, codzienny chaos i całodobowy zgiełk miasta, przybrał na powrót tradycyjną postawę stagnacji, słodkiej rutyny wykonywanych czynności i wewnętrznego wyciszenia. Pośród tego wszystkiego dominuję Ja - jako przewodnie źródło wszystkiego, co znajduje się w zasięgu mojego doświadczania.
Samobójstwem wydaje się być stosowanie w ramach zagryzki słoika marynowanych główek czosnku. Świadomość tej decyzji odpokutuję w późniejszym katharsis. Statyczność kojącego gibotania się po obwodzie ruchomego krzesła, zakupionego gdzieś w podrzędnym lumpeksie artykułów codziennego użytku przy zapuszczonej brudem stacji metra, rytmicznie zlewa się z lepkością nut wypływających z czarnych skrzynek, symetrycznie rozmieszczonych po dostępnej przestrzeni pokoju. Z przymkniętymi oczami po raz kolejny oddaję się pod władanie czasu... zamyślenia... zapomnienia...

piątek, 26 lutego 2010

Na marginesie... nie obrażając uczuć krytyków literackich z zakresu poezji


Przez cały dzisiejszy dzień chodził mi po głowie powyższy obraz, będący wynikiem moich wczorajszych odwiedzin na blogu, gdzie nadsyłane teksty poetyckie zostawały taśmowo poddawane analizie przez panią, z której końcowych uwag (typu: wyczuwam za mało dramaturgii lub usunęłabym to słowo i zamiast tego użyłabym...) wnioskuję o jej zawodowym profesjonalizmie krytyka lub troszkę drwiąc - korektora doznań.
Owszem, nie wykluczam, że sfera literacka wypełniona jest również grafomanią. Być może i ja jestem jednym z tych wypełnień. Przyjmując jednak założenie, iż poezja płynie z głębi serca, a każdy wiersz jest rezultatem płynącego zeń doświadczenia zupełnie nieadekwatne wydają się być usilne insynuacje znawców tematyki odnośnie przeprowadzania zmian w wyprutym z poety dziele. To tak jakby ktoś usilnie próbował zmienić moje postrzeganie świata, nadając mu otoczkę spełniającą nie wiadomo przez kogo nadane kryteria twórcze, czyniąc utwór poprawnym w formie i treści oraz w pełni gotowym do wystawienia na podium populizmu. Relatywność i subiektywizm ocen wystawianych przez profesjonalistów sztuki. Tak to postrzegam.
Nie piszę pod publikę, czyniąc z tego życiowy zawód, z którego i tak nie da się wyżyć. Piszę, jakby to rzekł Max Stirner: by dać życie mym myślom.

środa, 24 lutego 2010

Dziś, każdy nosi koronę z ciernia utkaną

Ironicznym spojrzeniem
historia losu
została wyżłobiona
między kręgami na moich plecach.
Od tego czasu
jak wytresowane zwierzę
zginam się w pół
na każdy trzask bata.
Staram się to robić
nad wyraz posłusznie,
tak by jego aromat
równolegle rozchodził się
na powierzchni spękanego języka.
Pobudzone kubki smakowe
zwinnie wprawiają ciało w drżenie .
Kończyny samowolnie opadają
miotane spazmem
pozbawionym samokontroli.
Siłą woli wdeptuję się w tłum.
Nie proszę o więcej...
Z czasem samo przyjdzie.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Noc



wybiła północ
dopala się knot świecy
za oknem szum drzew

piątek, 19 lutego 2010

Mądrość z podartej kieszeni

Biorąc pod uwagę drogi, którymi chodzę - moje życie przebiega w jednym kierunku i z powrotem.

środa, 17 lutego 2010

Wódka telefoniczna

Nota wprowadzająca: Utwór czytamy jednym haustem, jak podczas kielonka rosyjskiego spirytusu, zagryzanego pod zapach włosów siedzącego obok kompana ;)
________________


odkłada słuchawkę niedbałym gestem
i głęboko zaciągając się powietrzem
próbuje wydobyć
z na wpół opróżnionej już butelki
szum czystego morza
którego rześkie echo
pijanym tonem
dźwięcznie odbija się
w zaczerwienionych uszach

wtorek, 16 lutego 2010

Po zmroku

niemy taniec gwiazd
cykot świerszczy w trawie
czar ciemniej nocy

poniedziałek, 15 lutego 2010

Lapida 31

Kultura masowa mająca tyle wspólnego z tradycyjną kulturą i rozwojem dziedzin artystyczno-intelektualnych, co wybieranie martwych much z zeschniętego końskiego gówna, rozmazanego gdzieś na poboczu polnej drogi - ma się nad wyraz dobrze i bez pardonu zasypuje nas nieskończonym mrowiem szajsu i tandetnej pokazówy. Jałowe przesłanie przynosi nie lada olbrzymie dochody finansowe (nielicznym) i skierowane jest w dużej mierze do gawiedzi nie lubiącej zbytnio przeciążać swoich szarych komórek (zdecydowana większość, zapewniająca wysoki standard życia tym nielicznym). Co gorsza; odnosi lepszy rezultat, niż twórczość Dostojewskiego czy rozważania Immanuela Kanta razem wzięte, włączając w to wszystkich Wielkich oraz zwolenników i wielbicieli ich życiowej spuścizny.
No i niezaprzeczalną prawdą jest fakt, iż wszyscy w mniejszym lub większym stopniu bierzemy udział w obsmarowywaniu swojego "Ja" tą populistyczną breją.


PS: Jest to moja lapidarna refleksja zrodzona w mojej głowie po przesłuchaniu wideoklipu z bloga Marcinsena - "We Want Your Soul".

piątek, 12 lutego 2010

Całe Jego utęsknienie ...



... w tych słowach tkwi.


(Holdenowi - za drążenie pozytywnej frustracji i wołanie o pozytywniejsze jutro!)

czwartek, 11 lutego 2010

Spokój




spacer po lesie
ulotna chwila ciszy
od zgiełku miasta

wtorek, 9 lutego 2010

Powroty w obrazach chwil przeszłych

Znowu nastąpił dzień, w którym intensywność przeżytych wspomnień jest tak wyraźna, jakby zdarzenia których doświadczyłem, wydarzyły się wczoraj. Jest to chwila dość przygnębiająca, gdyż nie ma odbicia w realnej teraźniejszości, pozostając jedynie w swojej obrazowej formie, gdzieś w chaotycznych zakamarkach mojego umysłu.
Chwytając okazję w oderwaniu od rzeczywistości, na powrót rozpoczynam swoje przeszłe wędrowanie:

- jako młodzieńczy brzdąc, włóczący się z plecakiem po bujnych lasach i magicznych pustkowiach razem ze swoją niezastąpioną drużyną harcerską "Grąd".

- jako miłośnik matczynego pichcenia, wchłaniający w siebie aromaty i przysmaki w najróżniejszych postaciach, w tak dobrze mi znanej rodzinnej kuchni. Na ósmym piętrze bloku, przypominającego pudełko zapałek z widokiem na zachód, gdzie podczas kolacji słońce kłaniało ci się przed snem.

- jako znikomy poeta, przepłukujący swoje wiersze pitnym miodem, podczas szaleńczo-metafizycznych wieczorków poetyckich.

- jako niczym nieskrępowany student filozofii, przecierający co roku wczesną jesienią, znane jak własną kieszeń szlaki Kazimierza Dolnego, z butelką taniego wina w ręku. Szukający w atmosferze ciszy i spokoju Góry Trzech Krzyży, refleksji nad przemijaniem i nieosiągalnej istoty życia.

- jako najszczęśliwszy wybraniec, przemierzający ze swoją ukochaną (aktualnie małżonką) kilometry romantycznych spacerów, popijając "szarlotkę" w skali zagęszczenia 65% na 35% soku jabłkowego wymieszanego od razu w kartonie.

- jako naiwny idealista zafascynowany utopijnymi wizjami naprawy świata, wierzący że walcząc z wiatrakami można coś zdziałać.

- jako doznająca jednostka, która w swoim czasie również ulegnie potędze przemijalności.

- jako...

sobota, 6 lutego 2010

czwartek, 4 lutego 2010

Na nowo... po raz kolejny

Człowiek za oknem
uchwycony dolnej części parapetu
zwisa nad otchłanią
nad samym sobą
Z tej perspektywy
świat widziany jest w innym ujęciu
Nie potrzeba obliczeń
by poczuć grunt pod ciężarem ciała
Wokół jeszcze czuć przegniły aromat
dawnych znajomości
skostniałych relacji
wymuszanych wdzięków
Człowiek za oknem
uchwycony klamki
przekręca ją w prawo
zamykając kolejny rozdział
Niosąc pod pachą parapet
przechodzi do drugiego pomieszczenia

środa, 3 lutego 2010

Zawirowania procesów wtórnych

To wszystko jest jakąś iluzją, niesprecyzowanym pędem realizacji nieosiągalnego. Cała ta konstrukcja, wbudowana w naszą zdolność porozumiewania się z otoczeniem za pomocą najbardziej wyszukanych metod. Ślepe załączniki doznawanych ładunków emocjonalnych, potęgują w nas jeszcze bardziej tą chęć podążania za abstrakcyjnym światem marzeń. Sam fakt doskonałej struktury umysłu. Możliwość odczytywania własnych myśli bez potrzeby ich wypowiadania, kreowanie dowolnych obrazów i nadawanie im kolorów wedle własnej woli i uznania. Tworzenie pojęć czystych w swojej idealności, często przerastających swoją doskonałością i precyzją samych twórców. Z czego niewątpliwie szczyciłby się Kartezjusz, aż po dziś dzień. Nieustępujące łaknienie przerzucania krain łagodności z jednej ręki do drugiej. Przyrost chęci i perfekcyjnych założeń nad możliwością ich rzetelnego wykonania i osiągnięcia zamierzonych rezultatów, w stopniu choćby minimalnym. Ładunek koncepcji często trudny do podniesienia... .
Miotam się wokół tego wszystkiego jak bezpański pies w deszczu, jak naiwny kowal losu, któremu podstępem zostało skradzione kowadło.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Nawrót

Wyobrażenie 'nieistnienia' pokrzepia mnie czasami, podczas monotonnego klepania istoty bytu na tej ziemi. W chwilach mojej egzystencjalnej rozpaczy, zamykam oczy i przywodząc na myśl niektóre z filozoficznych koncepcji George'a Barkeleya, wedle których istnieje tylko to, co w danej chwili postrzegam (esse = percipi, czyli Być = być postrzeganym) - znikam... dla siebie samego i całej tej obłąkańczej rzeczywistości.