wtorek, 29 czerwca 2010

Nie dane być mi powinno...

Coraz bardziej utwierdzam się w przeświadczeniu, że moje stąpanie po tej ziemi to nic innego jak tylko jakaś niewytłumaczalna pomyłka. Wewnętrzny paradoks wynikający z przyczyn całkowicie ode mnie niezależnych. Niesmaczny kaprys losu, w którym przyszło mi brać udział, a za który muszą płacić bolesną cenę, tylko dlatego iż tkwię w takim a nie w innym przekonaniu o wyższości bytu doskonałego nad znikomością doczesnej materii oplecionej żywą tkanką z możliwością doświadczania boskiego pierwiastka w sposób sobie właściwy.
Co zatem robić? Cóż począć w sytuacji, w której absolutnie nie ma się już dłużej ochoty uczestniczyć w tzw. dotychczasowości wraz z jej ciągłością (tu wdziera się zazwyczaj zwątpienie) a jednak trzeba ją kontynuować, gdyż wszelkie możliwe i dostępne wyjścia "awaryjne" wiodą Cię do nieświadomej zagłady lub wiecznej niewiadomej?

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Ślepe Dryfowanie

Przedarłem się przez morze
pełne wylewnych łez.
Zgarniając na pokład
pokaźne zasoby ludzkiej
wrażliwości,
dobiłem do brzegu
bez większych obrażeń.
Teraz siedząc wygodnie
na jednej z tych skał
zbudowanych,
z zatwardziałych serc
i umysłów zbyt zadufanych
w sobie, by pojąć prostotę
rzeczy złożonych -
Spijam łapczywie
z pucharu zwycięzców
resztki własnych racji.
Nie bacząc przy tym,
iż moja łódź z każdym
zachłannym przełknięciem,
zsuwa się coraz bardziej w dół
osiadając na mieliźnie istnienia.

sobota, 26 czerwca 2010

***

księżyc w pełni
echo wilczego wycia
budzi mit nocy

czwartek, 24 czerwca 2010

Kres

jeszcze tylko chwilę
i oczy przysłonią się
płaszczem snu
pragnienie niebytu
wsiąknie ostatecznie
głęboko w czerń ziemi
- rzekomo rodzicielki naszej
ku chwale tym, którzy
w swoim dążeniu
podzieleni rozmaitością celów
ubijają prochy przeszłych dni

wtorek, 22 czerwca 2010

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Tłok

Intelektualna posucha przetacza się przez mój "punkt widzenia". Czuję się jakby ktoś uporczywie uwiesił się czubka mojej głowy i przez trudny do zlokalizowania otwór, codziennie ukradkiem wypłukiwał mi umysł kwasem solnym. Rezultatem owego zabiegu jest stopniowe kurczenie się bodźców odpowiedzialnych za wszelkie dostępne przejawy pokrzepienia. Włączając w to również skalę twórczego wzrostu, która nie dość że spękana z braku natchnienia, to jeszcze na domiar złego przetrzymywana przez nie znające litości czerwone światła. Ten zlepek sytuacyjny doprowadza mnie do szału.

Poza garniturem

nie po to zostałem spłodzony
by stać w jednym rzędzie
jak manekin uwiązany krawatem

kopniakiem z orszaku wybity
ze spuszczoną głową
będę szukał własnej podobizny
w brudnych kałużach
odbijających majestat
tego jebanego miasta

i nikt mnie nie zmusi
bym prostował kark
pod publiczność tłumu

czwartek, 17 czerwca 2010

Wernisaż - Wimbledon College of Art "Summer Shows 2010"




Uchwycenie momentu "martwości materiału", pozbawione jakiegokolwiek tchnienia lub choćby śladowej namiastki ludzkiej obecności, wywiera na moją wyobraźnię o wiele większy wpływ niż refleksja mogąca się zrodzić z podziwu dla malarstwa klasycznego, naszpikowanego tętniącym dookoła życiem. W tym przypadku nowoczesne spojrzenie na wyrwany z całości organizmu strzęp aglomeracyjnego pustostanu z nutą abstrakcyjnego poczucia osamotnienia.


Jest to tylko ogólny zarys wrażenia z wystawy mojego kolegi Yuichiro "Manji" Kikumy, studenta ostatniego roku malarstwa i sztuki, będącej częścią całości artystycznego przedsięwzięcia pod nazwą "Unleash Your Secret Creativity Weapon".

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Popioły


Są takie miejsca, w których nikt już na nas nie czeka. Nikt się nas nie spodziewa. Nikt nawet nie pyta o nasze istnienie. Wydają się być niczym opuszczone rozdziały naszej historii płynące z wewnętrznej niemocy, gdzie jedynym tchnieniem jest świst wiatru bezładnie miotający porzuconymi odpadami ludzkiej aktywności. Z czasem i one przybiorą formę zaniedbanych peronów, zatartych zmiennością rzeczy wspomnień, z których nie odjedzie już żaden środek transportu mogący zabrać nas bezpiecznie do powziętego celu.

piątek, 11 czerwca 2010

Dołączając prawie do tańca umarłych

Ostatnie wspólne tournee magicznego duetu Dead Can Dance mające miejsce w 2005 roku, przeżyłem w nieświadomości. Zapewne strząsając ze swojego ciała resztki stresu będącego wynikiem wyjechania z "kraju". Natomiast wiadomość o solowym występie Lisy Gerard z trasy "Live in London" z 2007 roku, dotarła do moich uszu zbyt późno bym mógł zarezerwować czas, nie wspominając o kupnie dawno już wyprzedanych biletów. Ale tym razem, całkiem nieoczekiwanie w atmosferze czasowej nienapiętości, bez większych problemów nabyłem bilet na koncert Brendana Perrego. I tak oto wczoraj, odbyłem półtoragodzinną wędrówkę, nasączoną refleksją wypełnioną melancholijno-progresywnym dźwiękiem instrumentów, napędzanych solidnym w swoim brzmieniu wokalem Perrego.

Dopełnieniem tego mistycznego wręcz klimatu był fakt, iż koncert odbył się w kościele Union Chapel z 1806 roku.

Tak więc, dotychczasowe pogo i szał odpadającej głowy, został zastąpiony przez przymrużone oczy wodzące w rozmarzeniu po wewnętrznych fasadach, gotyckich łukach i sklepieniach poddaszy oraz z wolna przysłanianych zbliżającym się mrokiem witraży.

Całość owego przeżycia zdecydowanie oceniam wysoko w swoich rankingach koncertowych wojaży. Choćby z tego względu, że będąc uczestnikiem przedstawienia nie odczułem zbyt wielkiej różnicy słuchając utworów wykonywanych podczas występu, a tych odsłuchiwanych z płyt studyjnych (gdzie większość pracy jest modyfikowana przy pomocy komputera). Ostatnio zaczerpnąłem tej rozkoszy dla mych uszu, kilka lat temu podczas koncertu Nicka Cave'a w 2004 roku (zostałem wręcz zmuszony do uczestnictwa w tym przedstawieniu, mimo iż kieszenie pękały w szwach z braku gotówki). Do dzisiaj nie żałuję tej decyzji.


środa, 9 czerwca 2010

W zawieszeniu

Świt. Pochłonięty mrokiem całonocnej aktywności, kurczowo opiera się o wiatę przystanku niedaleko Waterloo Station. Spazmy obojętności płynące z rozmazanych oczu regularnie potrząsają śniętym truchłem. Dla niego poranny powiew świeżego powietrza nie ma żadnego znaczenia. W zamroczonej świadomości granica jak i pojęcie upływu czasu, jest równie odległe jak rzucane pośpiesznie w jego stronę spojrzenia przechodniów. Całkowicie zresztą pozbawione empatii. Bo niby z jakiej racji miałby zrodzić się zalążek troski. Generalnie jest to chwila, w której wszelkie związki przyczynowo-skutkowe, skwapliwie lekceważą jego obecność jako źródło jakiejkolwiek przydatności w dążeniu do wiecznie nieprzewidywalnego celu.

wtorek, 8 czerwca 2010

Czas w którym "Carpe Diem" spada na pysk

"Z latami odchodzi się od małych namiętności, uczuć, fantazji, od odrobiny wnętrza, które się posiada, i wchodzi się po prostu (gdyż takie rzeczy przychodzą po prostu) w najtrywialniejsze pojmowanie życia."*



Nawet jeżeli przyjdzie mi cierpieć niewysłowione męki, gdzie plwocinami będzie znaczone imię moje a intelekt rozdzierany na strzępy przez powierzchowną gawiedź wystawiony zostanie na publiczną drwinę marionetek - O wielka i niezmierzona siło wolnej wyobraźni, nieopisana w swojej różnorodności marzeń, naznaczona wbrew płynącemu czasowi wspomnieniem młodzieńczych uniesień. Ty która toczysz kamień poezji po wydeptanych powszedniością dnia ścieżkach - Uchroń mnie przed dzieleniem losu z tymi, w których sercach ów wymieniony wyżej cytat zapuścił głęboko korzenie. Amen!


* Soren Kierkegaard "Choroba na śmierć", Wydawnictwo Zysk i S-ka, Warszawa 1995, s.57





sobota, 5 czerwca 2010

Autoportretu Szał

video
Podkładka muzyczna: Municipal Waste

środa, 2 czerwca 2010

Skowyt Ogólny

Nie czuję się ostatnio, jakbym chciał cokolwiek poczuć. Obce są dla mnie znaczenia słów móc, zrobić, przestać, zmienić, słuchać. Ogólnie rzecz ujmując cały ten sztuczny trypel, dzięki któremu funkcjonujesz jako jednostka społeczna. Wystarczy jednak mały bąk z pupy o odmiennym aromacie niż ten, który jest przyjęty w relatywnych normach, fałszywie stanowiących obiektywny fundament prawdy i porządku, by automatycznie stać się jednostką antyspołeczną. Tak więc w obawie przed pokusą wydobycia z siebie całej palety najróżniejszych aromatów z pochyloną głową zniknę na nowo pogłębiony w otchłaniach Kierkegaardowskiej rozpaczy nad sobą, rozpaczy z powodu niemożności pozbycia się siebie...