Ostatnie wspólne tournee magicznego duetu Dead Can Dancemające miejsce w 2005 roku, przeżyłem w nieświadomości. Zapewne strząsając ze swojego ciała resztki stresu będącego wynikiem wyjechania z "kraju". Natomiast wiadomość o solowym występie Lisy Gerard z trasy "Live in London" z 2007 roku, dotarła do moich uszu zbyt późno bym mógł zarezerwować czas, nie wspominając o kupnie dawno już wyprzedanych biletów. Ale tym razem, całkiem nieoczekiwanie w atmosferze czasowej nienapiętości, bez większych problemów nabyłem bilet na koncert Brendana Perrego. I tak oto wczoraj, odbyłem półtoragodzinną wędrówkę, nasączoną refleksją wypełnioną melancholijno-progresywnym dźwiękiem instrumentów, napędzanych solidnym w swoim brzmieniu wokalem Perrego.
Dopełnieniem tego mistycznego wręcz klimatu był fakt, iż koncert odbył się w kościele Union Chapel z 1806 roku.
Tak więc, dotychczasowe pogo i szał odpadającej głowy, został zastąpiony przez przymrużone oczy wodzące w rozmarzeniu po wewnętrznych fasadach, gotyckich łukach i sklepieniach poddaszy oraz z wolna przysłanianych zbliżającym się mrokiem witraży.
Całość owego przeżycia zdecydowanie oceniam wysoko w swoich rankingach koncertowych wojaży. Choćby z tego względu, że będąc uczestnikiem przedstawienia nie odczułem zbyt wielkiej różnicy słuchając utworów wykonywanych podczas występu, a tych odsłuchiwanych z płyt studyjnych (gdzie większość pracy jest modyfikowana przy pomocy komputera). Ostatnio zaczerpnąłem tej rozkoszy dla mych uszu, kilka lat temu podczas koncertu Nicka Cave'a w 2004 roku (zostałem wręcz zmuszony do uczestnictwa w tym przedstawieniu, mimo iż kieszenie pękały w szwach z braku gotówki). Do dzisiaj nie żałuję tej decyzji.
Kopacz - moja żona leży w łóżku i powtarza od pół godziny w transie "zajebiste, zajebiste", a ja się do niej dołączam, choć nie myślałem, że spodoba mi się ten rodzaj muzyki.
Cóż, ja akurat nie mam czego zazdrościć, oprócz miejsca;) Cholernie chciałbym tam być z tą muzyką na żywo. Dobrze, że chociaż na poznańskim Zamku się udało :)
No to Ci zazdroszczę...
OdpowiedzUsuńJeżeli kolega obczaja klimaty (mówiąc językiem chłopskim) to zgadzam się, jest co pozazdrościć.
OdpowiedzUsuńOjej... voyage in time...
OdpowiedzUsuńKopacz - moja żona leży w łóżku i powtarza od pół godziny w transie "zajebiste, zajebiste", a ja się do niej dołączam, choć nie myślałem, że spodoba mi się ten rodzaj muzyki.
OdpowiedzUsuń:):) Spodoba!!!Spodoba :):) Polecam lekkie zagłębienie się w temat. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńŁączę się z zazdrośnikami:)
OdpowiedzUsuńczłek ma być niebawem w Polsce, wszyscy piszą, że jest w kiepskiej formie, ale Ty temu zadajesz kłam i dzięki Bogu, bo lubię człeka:)))
OdpowiedzUsuńCudowne głosy, przecudowna muzyka , niesamowite klimaty :)
OdpowiedzUsuńJa również dołączam się do grona zazdrośników. Pewnie wciąż słyszysz te dźwięki i jesteś jak w transie :)
Pozdrawiam szczęściarza :)))
Robert
Kolega obczaja i to jak! Wychowałem się na Dead Can Dance:)
OdpowiedzUsuńCóż, ja akurat nie mam czego zazdrościć, oprócz miejsca;) Cholernie chciałbym tam być z tą muzyką na żywo. Dobrze, że chociaż na poznańskim Zamku się udało :)
OdpowiedzUsuń