ile dławiącego trawienia
wiosen
lat
jesieni
i szklistych jak sopel do żył zim
stragany próżności
zanoszą się śmiechem przez cały rok
karawana pustych słów
zaprzęgnięta za języki bydląt dwunożnych
ślepo w amoku do przodu gna
a mnie nie do śmiechu
a mnie nie do otwierania ust
w zachwycie
przez wiatr spychany
coraz bliżej krawędzi mostu
w głębię pulsującego zwierciadła
czuje jak poręcz
pod zaciśniętą ręką topnieje
12-16.III.2012


