
Wczoraj podążając szlakiem swoich ulubionych filmów po raz kolejny obejrzałem obraz w reżyserii
Petera Lindsaya Weira "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". I po raz kolejny towarzyszyły mi te same emocje, zachwyt i wewnętrzne wołanie serca napędzane motywem Thoreau: "
By nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć...". Film ten bowiem od niepamiętnych czasów robi na mnie niesamowite wrażenie, pozostawiając kręcącą się w oku łzę. Jest receptą zawierającą lekarstwo na stwierdzenie "czym skorupka za młodu nasiąknie". Wnikliwą próbą wyrzeźbienia w nas wrażliwości na piękno, literaturę i poezję, bez względu na to jakie pozycje społeczne pochłonął nasze "Ja" w przyszłości. Kształtowaniem charakteru, wydobyciem z głębi siebie pasji życia, pchającej nas do czynienia rzeczy niezwykłych. Próbą porzucenia widma stereotypów, statyczności i wszelkiej maści konwenansów wtłaczanych w nas niczym przeterminowany olej prosto do głowy przez doświadczonych wiedzą i losem nauczycieli "racjonalnego" rozsądku. Wszystko to na rzecz marzeń, upojnych wyzwań, kluczowego "chwytania dnia" i wysysania z niego soków życia z zachowaniem cnoty mądrości i roztropności. Ten dramat obyczajowy jawi się jako niezapomniana lekcja życia, której przesłaniem jest metaforyczne stwierdzenie, iż nawet stając na stole wynosimy swoje wewnętrzne zdrowe ambicje i pragnienia ponad przeciętną i skostniałą rzeczywistość, nadając jej jednocześnie nowy wymiar i bardziej klarowny widok.
* (Oba kadry pochodzą z filmy Petera Lindsaya Weira "Dead Poets Society" 1989)
oglądam ten film, gdy chcę poczuć się młodo - skutkuje
OdpowiedzUsuńWidziałam go parę może parę-naście...i za każdym razem czułam to samo-niesłabnące wrażenie.Dzięki że mi przypomniałeś-obejrzę go znowu:)
OdpowiedzUsuńWitaj.Film ten także zawsze mnie porusza i skłania do zastanowienia nad kondycją człowieka w otaczającym go świecie, z całym jego pięknem, ale też brutalnością.Nie pozostawia obojętnym. Pomaga opowiedzieć się po stronie życia, tej piękniejszej.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło.
Agnieszka
Kapitanie, mój kapitanie! :)
OdpowiedzUsuńI ten film i Thoreau uwielbiam. I co jaki czas powracam i do Stowarzyszenia i nad Walden :)
Dziękuję bardzo za miłe i zgodne refleksje odnośnie tego filmu. Prawdą jest, że ilekroć się go ogląda poniekąd odkurza się zakurzone fragmenty naszej wrażliwości. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńFiloarte zapraszam w te blogowe progi, kiedy tylko chwyci Cię na to ochota :)
Świetny film... wielkie emocje... porusza.. kiedy to piszę, mam ciarki na ciele.... :)
OdpowiedzUsuńMało jest takich filmów...
to taki film, któremu nie można zrobić drugiej części...
OdpowiedzUsuńNawet o tym nie myślę, o sfrustrowanej grupie absolwentów odwiedzającej po latach profesora Keating'a w Londynie i snującej czułe wspomnienia przy fajkach i piwie w pubie. Profanacja.
OdpowiedzUsuńWeir... jeden z Tych Którzy Umieją To Robić :-)
OdpowiedzUsuń"Stowarzyszenie" wspaniałe.
uwielbiam też jego filmy "hipnotyzujące": piknik i Ostatnią falę
Ech, a tak w ogóle przypomniałeś mi swoim postem stosik filmów, które czekają na obejrzenie. Zwykle po raz kolejny :-)
Chcąc nie chcąc, dobrze jest odbyć co jakiś czas taką kinematograficzną podróż po tym, co naprawdę lubimy.
OdpowiedzUsuńObejrzałem ponownie za twoją inspiracją. Całkiem inaczej się to teraz ogląło, niż jak się miało szesnaście lat. Z większym optymizmem:). Thoreau, Whitman, obywatelskie nieposłuszeństwo - miód:)
OdpowiedzUsuńDzięki temu wałkuję właśnie Thoreau, Whitmana, Shelleya i cały ten transcendentalny krąg 18-sto wiecznych beatników :)
OdpowiedzUsuń