Czasami zdarza mi się miewać momenty całkowitego zwątpienia. Nierozerwalnie powiązanego z nieuzasadnionym lub bliżej niesprecyzowanym znużeniem znoszenia wizji istnienia. I nie chodzi tu bynajmniej o jakieś poważne problemy z zakresu życia zawodowego lub prywatnego. Nic z tych rzeczy. Wszystko rozbija się o ogólność i całokształt, tego co znajduje się w zasięgu doświadczania i postrzegania przez ludzki rozum ( włączając w to pierwiastek irracjonalny). W tych właśnie chwilach siłą i wolą całego siebie, pragnąłbym bezpowrotnie wcisnąć się do środka matczynego łona. Robiąc jednocześnie wszystko, by tylko pokrzyżować moment w którym dochodzi do zapłodnienia. Tak, by na powrót móc pławić się w nieskończonych otchłaniach niebytu, nieświadomości i pustki czegokolwiek.

Ps1: Z drugiej jednak strony, kiedy się już zaistniało, warto stawić czoła życiu i przejść przez ten absurdalny okres najlepiej jak się tylko da, nie tracąc przy tym twarzy.
WSZYSTKO ROZBIJA SIĘ O... całokształt,
OdpowiedzUsuńno właśnie
a kształt budowany teraz? Jest nadzieja?
koło to jednak surrealizm
OdpowiedzUsuńale rozumiem Ciebie doskonale
żywot wrażliwców :)
Jak mawiają ci co wciąż mają złudzenia; nadzieja jest gdzieś tam sobie i może pewnego dnia się zaśmieje mi w twarz. A odnośnie kształtów, całe życie coś szlifujemy, poprawiamy, ulepszamy. Pracujemy z taką intensywnością i zaangażowaniem, że nawet nie wiemy jak daleko odeszliśmy od tego pierwotnego kształtu. Pozdrawiam Holden i życzę wytrzymałości fizyczno-psychicznej.
OdpowiedzUsuńTen surrealizm Margo, to czasami wydaje mi się jedyną deską ratunku, wyuzdaną grą jednego aktora. Ostatnią nadzieją, za pomocą której można powiedzieć NIE ogólnodostępnemu zidioceniu jakie nas otacza.
zgadzam się z Tobą Kopaczu! CAŁKOWICie całoksztaltnie w tej bezkształtności
OdpowiedzUsuńTia. Jako tkwiąca wciąż w glinie istnienia wciąż się staram nie tracić twarzy.
OdpowiedzUsuńWychodzi różnie :)
Podoba mi się drugie post scriptum oznaczone Ps1 :) ale dlaczego absurdalny? Czyż istnienie nie jest lepsze od nieistnienia?
OdpowiedzUsuńMyślę, że mamy podobnie, na pewno jeśli chodzi o całokształt, o ludzi i otaczającą rzeczywistość. Ciężko się z nimi porozumieć w materialnym schemacie, a jeśli ma się filozoficzne usposobienie - nie ma szans. Mnie dodatkowo przytłaczają porażki życia prywatnego.
OdpowiedzUsuńWczoraj odszedł wielki folozof, którego za życia ledwo "liznęłam" - L. Kołakowski. Odszedł jak żył - na przekór śwaitu. A Ty piszesz o twarzy, którą trzaba zachować po wyściu z łona... I tu nastręczają mnie wątpliwości' czy lepiej żyć jakoś, jak cień, czy zgodnie z własnymi przekonaniami, wbrew radom "życzliwych i ułożonych"...
Tu Merlin trafiłeś w samo sedno. Otóż według mnie (takie moje majaczenie) życie jako istnienie składa się z wykonywania najrozmaitszych czynności. Wykonujemy je wedle ogólnie przyjętych przez normy społeczno-kulturalno-obyczajowe instrukcji. Są niezbędne do przeżycia lub zagospodarowania sobie własnej przestrzeni życiowej, wedle własnego widzimisię. To z kolei prowadzi chcąc czy nie chcąc do ich ciągłej powtarzalności czyniąc ich wagę całkowicie absurdalną a wręcz śmieszną. Jak rzekł Sartre: "absurdem jest to, że żyjemy; absurdem to, że umieramy". W niebycie o czymś takim nie ma mowy. W niebycie nie ma mowy o niczym, gdyż niczego nie ma. Nie ma i nas. Masło maślane, ale stanowiące podstawową i ostateczną różnicę między istnieniem (czyli aktywnym braniem uczestnictwa w cierpieniu, szczęściu itp.) a nieistnieniem (czyli pustką rządzoną przez wielką Nieświadomość, tego co mogło by być).
OdpowiedzUsuńTemi: czasami życie wedle rad życzliwych i ułożonych pozbawia cię nie tylko twarzy ale i całej głowy. Ja polecam trwanie w cieniu z własnymi przekonaniami. Nie ma w tym nic złego jeżeli postanowię z jakąś fajną życiową koncepcją wyjść na chwilę na słońce.
Śmierć Kołakowskiego natomiast sprawiła, że Polska pozostała już bez autorytetów filozoficznych. Jedyna nadzieja w życiowej spuściźnie pozostawionej w postaci książek i wszelkiego rodzaju zapisków.