niedziela, 15 maja 2011

To miasto



Biało-czerwone barwy
rozeszły się jakoś po kościach
wewnętrznej niezgody.
Czasami mnie łamie
jak oglądam telewizję
i echa radio słucham.
Trochę w krzyżu,
wiem, to takie niewłaściwe miejsce.
Już wolę ból karku,
wtedy unikam niezrozumiałych spojrzeń.
Kochanowski łypie na mnie ukosem
z wizerunku wyrytego w kamieniu,
gołębi stolec przysłonił mu lewe oko.
Na przeciw teatr Osterwy
pustkami straszy.
Dzień jak każdy inny,
wielość twarzy przemierza
spękane płyty chodników.
Nie usłyszysz z nich muzyki
oprócz stukotu setek butów.
Wbity w ławkę
z zawieszonym wzrokiem,
goły łokieć przez przetarty sweter
o kosz na śmieci opieram.
Jeszcze jeden łyk
przetrawionego powietrza
w ustach posmak wczorajszego wina.
Tak łatwo zapomnieć,
choć Ja tutaj zapadły
obojętnością ogarnięty
ale tutejszy.


Lublin 02.05.11
(Plac Kochanowskiego)
dedykuję pani prof. Jadwidze Mizińskiej

sobota, 14 maja 2011

Rzut krytyczno-hipokrytyczny

W Anglii wizerunek polskiego emigranta rysuje się następująco:
Jest nim tzw: przysłowiowy "Marian". Swojski ziomek z wąsem pod nosem, ostro dzierżący w swojej dłoni reklamówkę z logiem "Lidla". W niej zaś obowiązkowo kilka piwek. Wizerunek już nieco przeżyty i ubarwiony na wzór mitów grecko-rzymskich. Jednakże na swój sposób ciągle aktualny i dający się nawet łatwo wychwycić z kulturalnego chaosu jaki panuje w Londynie. Osobiście nie wgłębiam się zbytnio w utarte schematy i krążące konwenanse. Bądź co bądź swoje wiem. Ilekroć odwiedzam Polskę, wolę całym sobą wtopić się w masę tutejszych "Marianów", niż choćby jeden palec ręki lub nogi wtykać w społeczność "naszego" emigracyjnego stolca. Pod tym względem daleko mi do bratania się na obczyźnie. Wolę już lokalną asymilację.

czwartek, 12 maja 2011

Jakoś tak ...


Z wiór ociosanych drew
sklecisz na nowo swój wygląd.
W świecie dalekim od paradoksów
i marionetkowych postaci.

Z pozdrowieniem dla Termonuklearnego Lukasa
Kazimierz Dln. 27.04.11

środa, 11 maja 2011

Relatywy

Czy ktoś może winić mnie za to, że w obliczu wszelkich dostępnych rozwiązań natury moralnej, założeń z zakresu zagadnień epistemologicznych oraz wątków teologicznych włączając w to prawdy "objawione", najbardziej bliska mojemu sercu jest koncepcja nicości i wszechogarniającej pustki?

Żadna kostka cukru wepchnięta choćby siłą w mój pysk, nie będzie w stanie osłodzić tego całego splendoru dylematów.

Czy wobec tego, dokonuję samo-fałszu własnej tożsamości podążając tą inną drogą, której podwaliny stanowią chrześcijańsko-ewangeliczne korzenie spowite myślą protestancką i której bez względu na przeciwności oraz nieudogodnienia ślepo chylę czoła?

PS: Łamię kolejne dłuta, a kamień filozoficzny stale tkwi w swojej pierwotnej formie. Niewzruszony, podobnie jak wszechświat wobec jednostki. Tylko on naznaczony jest jeszcze jedną dodatkową cechą - obojętnością.

wtorek, 10 maja 2011

***

Wiosna
gołębie ustąpiły miejsca
rozwydrzonym maturzystom
chwytającym klamki od bram raju.
A ja siedzę na ławce
i z Demiurgiem wódkę piję.
Co rusz
dziękując sobie,
że chwilowo mogę mieć
wszystko w dupie.

Lublin 29.04.11
(okolice UMCS)

***


Wapnem okryta kapliczka,
majestat szumiącego kasztana
tkwią wtopione w pejzaż od dekad.
Ponad mną potęga dzwonu
w niewzruszonym spokoju zastygła.
Tylko ja,
siedzący w nieruchomej pozie,
śledzę oczami panoramę
zmiennych zdarzeń.
Mrużę powieki
drażnione światłem słońca.
Ciszę w uszach
goszczę bez słowa sprzeciwu.
Nie chcąc zaznać odpocznienia
czekam niewiadomej.

Lublin 26.04.11
( Wzgórze czwartkowe)