Prawie północ. Z komputerowej play listy w kiepskim wydaniu mp3, wiązanka najrozmaitszych utworów. Króluje "
Morphine" i utopijna literatura anarchistycznego absurdu w stricte filozoficznym wydaniu , którą uwielbiam . Fala czerwonego wina i wiśniowej nalewki rodziców, przelewa się słodko przez ten rarytas, jakim jest pięciodniowy relaks, będący wynikiem uzbieranych nadgodzin w monotonnej pracy. Jest bosko, spokojnie i upojnie. Tak jak być powinno. Szkoda tylko, że to co naprawdę przydatne, trwa tak krótko. Właściwie to jest już grubo po północy, ale co z tego???!!!!
o Kopaczu! widzę, że odrabiasz czytelnicze zaległości:-)
OdpowiedzUsuńKażdego ciągnie czasami do korzeni:)
OdpowiedzUsuńNa naszym egzystencjalnym seminarium jak omawialismy "Człowieka zbuntowanego", to z tego wynikało, że Striner to nihilista, chce wszystko unicestwic. A skoro tak jest, to juz go lubie.
OdpowiedzUsuńMoże nie do końca nihilizm. Zarzucano mu, lecz ja bardziej optował bym za ideologią jednostki jako "indywidualnie wyzwolonej" z ciężaru tego, co zostało stworzone i wdrożone w umysły mas przez coś co nazywamy "społeczeństwem - z całym dorobkiem obyczajowym, kulturowym, prawnym itd, itd... . Zrzeknięcie się tego wszystkiego, na rzecz mojego własnego dobra, pragnień, zachcianek, dążeń. Gdyż żyjąc, moje własne "JA" jest najważniejsze. I z racji tego, nie podlega żadnym obiektywnym osądom, które automatycznie zostają mi narzucone jako uwarunkowania środowisk w których się obracam. Odrzucam to wszystko z racji swojej własnej niepowtarzalności i mocy jaka we mnie tkwi. Tak pokrótce ująłbym wizję filozofii Stirnera. Choć to temat rzeka. Pozdro :)
OdpowiedzUsuń