Z dala od zgiełku świata, chaotycznej codzienności, gdy tylko mam możliwość monotonnie kontynuuję drążenie swojej wewnętrznej pustki, wypełnionej tylko coraz to bladszymi wspomnieniami przeszłości z której jestem zbudowany.
piątek, 19 listopada 2021
czwartek, 11 listopada 2021
Nic nowego...
Listopad pochłania resztki marzeń i wizji. Dziwny czas nadal unosi się w powietrzu i za nic nie chce odpuścić. Wirusy, stany wyjątkowe. Wszystko zmieszane i skumulowane właśnie tu gdzie mieszkam i pracuję. W Białowieży na jednego mieszkańca przypada obecnie około czterech żołnierzy. Zapewne z czasem ta liczba się zwiększy. W hotelu zamiast gości - koszary. Wszędzie wojskowe ciężarówki. Dziesiątki wozów policyjnych. Co rusz kontrole dokumentów. Wieczorami helikoptery przeczesują pola, łąki i lasy masywnymi reflektorami, których światło niczym ufo wdziera się przez okna do mieszkania. Mundurowi latają w lewo i w prawo wyłapując coraz to liczniejsze grupy uchodźców. Ci bardziej potrzebujący lądują w szpitalu w Hajnówce. Zaraz przy moim domu. Co się z nimi dzieje później pozostaje niewiadomą. Od wycia syren i kogutów chce się już rzygać. W ogóle od tego wszystkiego chce się rzygać. I tylko las razem ze swoją martwą kolejką wąskotorową zachowuje niezmienną ciszę i spokój.
środa, 13 października 2021
Moja Jesień...
Moja jesień jest trochę inna niż poprzednie. Wszakże drzewa i liście zachowują się niewzruszenie tak samo jak co roku to dookoła wieje jednak niepewnością. W tym dziwnym czasie las jest pełen negatywnych niespodzianek. Co rusz jestem kontrolowany przez policję lub straż graniczną.
Ludzie wschodu kryją się w chaszczach, próbując dostać się do swojego wymarzonego dream landu.
Mogę dać jabłko. Mogę powiedzieć: Salam alejkum. Don't worry. I am not going to call the border force. Go forward to your happyness.
Mogę skłamać służbom mundurowym, że nie widziałem nikogo podejrzanego błąkającego się w lesie. Mogę wszystko. Przecież żyję w państwie miodem i mlekiem i tolerancją i miłością do wszystkich ludzi płynącym.
Moja jesień jest trochę inna niż poprzednie...
poniedziałek, 13 września 2021
Ciąg dalszy...
Jesień nadchodzi dużymi krokami. Coraz więcej żółtych liści zalega na miejskich i polnych drogach. A ja czuję się chwilowo jak emeryt. Nie chodzę do pracy, bo nie mogę a mimo to mam płacone. Niestety obawiam się, że Stan Wyjątkowy przeciągną na kolejny miesiąc a nawet dwa. Mam wrażenie, że nie chodzi już o manewry ZAPAD oraz tych, tak bardzo "niebezpiecznych" uchodźców. Ale bardziej o polityczne rozgrywki naszego pseudo - demokratycznego rządu i mentalnie zbliżonych do naszych polityków, rozgrywek Łukaszenki.
No cóż, chuj im wszystkim w dupę, jak to mawiają dresowi intelektualiści spod sklepu w Hajnówce lub Lublinie.
Ja jak na razie, chodzę sobie po lesie i polach. Przycinam podwórkowe chwasty, ścieram kurze, odkurzam, czytam i gotuję. Maltretuję swoją psychę, oddając się lekkiej nutce dekadencji. Obserwując, gdzie to wszystko zmierza - wyczekuję nieznanego...
PS: I piosenka, którą dedykuję dla wszystkich polityków lewicy i prawicy (pomijając w tym całym stolcu Barbarę Nowacką, którą szanuję i jest mi smutno, że jak Don Kichot walczy wśród twardogłowych wiatraków).
piątek, 31 lipca 2020
Koniec końców za wierszem Anny Achmatowej "Czwarta" :
Wszystko świetnie obchodzi się bez nas. A nawet wszystko wychodzi na lepsze...
środa, 11 grudnia 2019
11 dzień posuchy...
Proces trawienia grudnia trwa w najlepsze. Dzień za dniem mija bezpowrotnie. Mam nawet wrażenie ze czas nieco przyspieszył. Ledwo pojawił się szary świt a już na zimnym niebie rysuje się mglisty zmierzch. I ten nieustający marazm wpisany w pejzaż dogasającej jesieni. Znajduję w nim masochistyczne ukojenie zmysłów i rozkołatanych nerwów. Zapominam nawet o moich tikach nerwowych. Mój zespół Tourette’a przybiera formę nieco łagodniejszą ale tylko dla mnie. Przeciętny śmiertelnik spoglądając na mnie z boku widzi (chyba od zawsze) ciekawe zjawisko debilno-humorystyczne. Ale nie zbaczajmy z tematu na jakieś psychoanalityczne niziny. Jest grudzień, szarość, wilgoć, zimno. Jednym słowem - Piękno.
niedziela, 1 grudnia 2019
62 dniowa posucha
Nadszedł grudzień. Zaraz po nim nastąpi styczeń. Dwa najbardziej znienawidzone przeze mnie miesiące roku. Przez kolejne 62 dni moje życie będzie się toczyć cyklem dogorywającej larwy owada w kokonie. W lustrze zamiast własnego odbicia będę doglądał ociekającą szlamem letargu i marazmu poświatę niegdyś ludzkiej a nawet sporadycznie pogodnej twarzy. Mój żywot skurczy się mentalnie do małego punktu, niczym niewidzialna krosta na dupie świata. Podrażniana mrozem, śniegiem, mżawką, deszczem, wiatrem, odwilżą, gołoledzią, mgłą, błotem, roztopami pęknie niczym nabrzmiały wrzód na początku lutego. Potem nastąpi ponowny proces odradzania się wyświechtanej fazy błahej egzystencji.
niedziela, 18 sierpnia 2019
Błogość wędrowania
Na przetartych szlakach czuję się bezpiecznie. Lubię je przemierzać ilekroć mam ku temu okazję. Najlepiej sam. Doznaję wtedy wewnętrznego komfortu myśli oraz ogarnia mnie chwilowa pewność siebie. Z dala od wszystkiego, z tym co mam w głowie, krok za krokiem zanurzam się w zapomnieniu i przeszłości. W tym stanie nie ma dla mnie żadnych przeszkód, którym bym nie sprostał...

















