Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania:. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania:. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 października 2015
Łanie
Najczęściej pojawiają się wczesnym rankiem. O porze gdzie dzień nie do końca potrafi się jeszcze zdefiniować. A pokryte szronem połacie traw i krzewów ledwo przebijają się przez zanikającą z wolna mgłę. Żeby je zobaczyć wystarczy tylko, że zbliżę się do okna w swoim pokoju i wyjrzę zza rąbka firanki. Chodzą parami, czasami bywa ich więcej. Nieświadome niczego, zataczają kręgi wokół dwóch dzikich jabłoni. Nadwyrężają szyje, delikatnie podskubują resztki pomarszczonych owoców wyszukując ich pośród pożółkłych liści lub delektując się nimi wprost z talerza ziemi. Ich białe kupry zwrócone tyłem do mnie wyglądają wtedy jak olbrzymie puklerze babiego lata, choć ta pora roku już minęła. Nie są tak płoche żeby czmychnąć na odgłos ujadania psów, choć widzę że w tej obojętności zachowują instynktowną czujność. Co jakiś czas sztywnieją z wyprostowaną głową nasłuchując zagrożenia by ponownie oddać się przyjemności jaką niesie za sobą poranne śniadanie. W końcu najwyraźniej syte, powoli tracą zainteresowanie obszarem swoich żerów. Ich naprężone mięśnie podkreślają piękno i niewinność kształtów. Powoli oddalając się nabierają tępa. Jakby na znak jakiejś niewidzialnej mocy, wołania lasu czmychają galopem w nieznane.
czwartek, 29 października 2015
Lipiny
Wystarczy tylko, że przejdę przez tylną furtkę swojej posesji i przeskoczę przez wąski rów melioracyjny. Tym szybkim tańcem rąk i nóg pozostawiam za sobą miasto a właściwie miasteczko z całą jego prowincjonalną drobnostkowością i dociekliwością. Jestem we wsi Lipiny. Potem jeszcze mały dystans, kilka leniwych kroków szarą asfaltówką i już jestem tam, gdzie rzeczywistość zlewa się z wyobraźnią oraz nostalgią za niezdefiniowanym.
Pejzaż łąk, pól i pastwisk rozciągający się aż po gęste połacie puszczy wydaje się nie mieć końca. Świtem skąpany we mgle, tonie samoczynnie w swojej półprzezroczystej pościeli. Powoli, stopniowo rozbudzany przez słoneczne światło, rozkwita w pełni dnia płonącym ogniem jesiennych kolorów. I właśnie ta pora, ten majestatyczny pożar żywiołów jest najlepszym czasem na spacer. Chłód i ostra woń powietrza studzą dolegliwości rutyny dnia. Każdy krok w miękki, puszysty pęk traw jest krokiem w zapomnienie. Podróżą w głąb własnych wizji, tęsknot i fantazji. Podróżą w głąb samego siebie pod czujnym wzrokiem pasących się krów, owitą zapachem gnoju, wilgotnej trawy i dymem unoszącym się z kominów pobliskich chat.
W tych momentach, ulotnych chwilach rodzi się uczucie cielesnej lekkości w której zadzierając do góry głowę widzisz jak orzeł bielik krąży po zmrożonym niebie i wypatruje swojej zdobyczy a para kruków przysłania chaos twoich myśli cieniem rozpiętości skrzydeł. Do tego dochodzi muzyka wiatru, która przy akompaniamencie tysięcy pożółkłych liści koi wnętrze, spowalnia bieg czasu i krążenie krwi w żyłach. Miota ciałem, które nie ma już powłoki ze skóry, lecz jego tkankę mięsną pokrywają jedynie suche źdźbła trawy, wyschnięte liście, opadłe igły modrzewia, grudki czarnoziemu i leśna ściółka. Mijają godziny, minuty, sekundy, cała wieczność. Tak jak każdy spacer również i ten musi dobiec końca. Już słychać leniwy stukot łańcuchów i wdzięczne marudzenie krów zabieranych przez gospodarzy do obór. Z minuty na minutę coraz bardziej czerwieniąca się łuna na niebie daje znać o powolnym odchodzeniu dnia w objęcia nadchodzącego zmierzchu. I tak jak wąż pochłaniający swój ogon, jak nietzscheański powrót do wszechrzeczy, tak i ten dzień obumrze w swoim jesienno chłodnym pięknie. I pod osłoną nocy i czuwających żywiołów odrodzi się na nowo, strącając jednocześnie z powiek świata poranną mgłę.
Pejzaż łąk, pól i pastwisk rozciągający się aż po gęste połacie puszczy wydaje się nie mieć końca. Świtem skąpany we mgle, tonie samoczynnie w swojej półprzezroczystej pościeli. Powoli, stopniowo rozbudzany przez słoneczne światło, rozkwita w pełni dnia płonącym ogniem jesiennych kolorów. I właśnie ta pora, ten majestatyczny pożar żywiołów jest najlepszym czasem na spacer. Chłód i ostra woń powietrza studzą dolegliwości rutyny dnia. Każdy krok w miękki, puszysty pęk traw jest krokiem w zapomnienie. Podróżą w głąb własnych wizji, tęsknot i fantazji. Podróżą w głąb samego siebie pod czujnym wzrokiem pasących się krów, owitą zapachem gnoju, wilgotnej trawy i dymem unoszącym się z kominów pobliskich chat.
W tych momentach, ulotnych chwilach rodzi się uczucie cielesnej lekkości w której zadzierając do góry głowę widzisz jak orzeł bielik krąży po zmrożonym niebie i wypatruje swojej zdobyczy a para kruków przysłania chaos twoich myśli cieniem rozpiętości skrzydeł. Do tego dochodzi muzyka wiatru, która przy akompaniamencie tysięcy pożółkłych liści koi wnętrze, spowalnia bieg czasu i krążenie krwi w żyłach. Miota ciałem, które nie ma już powłoki ze skóry, lecz jego tkankę mięsną pokrywają jedynie suche źdźbła trawy, wyschnięte liście, opadłe igły modrzewia, grudki czarnoziemu i leśna ściółka. Mijają godziny, minuty, sekundy, cała wieczność. Tak jak każdy spacer również i ten musi dobiec końca. Już słychać leniwy stukot łańcuchów i wdzięczne marudzenie krów zabieranych przez gospodarzy do obór. Z minuty na minutę coraz bardziej czerwieniąca się łuna na niebie daje znać o powolnym odchodzeniu dnia w objęcia nadchodzącego zmierzchu. I tak jak wąż pochłaniający swój ogon, jak nietzscheański powrót do wszechrzeczy, tak i ten dzień obumrze w swoim jesienno chłodnym pięknie. I pod osłoną nocy i czuwających żywiołów odrodzi się na nowo, strącając jednocześnie z powiek świata poranną mgłę.
poniedziałek, 26 października 2015
Resztki
Nie wiem jak wy oraz wasze kubki smakowe, ale dla mnie po ponad dziesięciu latach pracy w gastronomi konsumpcja pozostałości z talerzy gości sprawia nie lada frajdę. Mogę wręcz przyznać, iż traktuje to jako proces w szeroko zakrojonej drabinie degustacji najrozmaitszych produktów. Pochłaniając pozostałości rzucone samopas na talerzach gości jestem w stanie określić nie tylko ich gust gastronomiczny, ale także zdefiniować ich osobowość na podstawię chociażby kształtu pozostawionych nadgryzień danych potraw. Dziamgnięcia świadczą o zbyt wyeksponowanym alter ego danego gatunku gości. Tu pod tym względem przeważają kobiety, o tak zwanym syndromie małej łechtaczki lub po prostu stęchłe zdziry próbujące wyżyć swoją trudną do zdefiniowania nadpobudliwość na bogu ducha winnym kelnerze. Stanowcze, aczkolwiek niedokończone kęsy to przewaga ludzi o zdeterminowanych poglądach i dość twardym nastawieniu do życia. Przeważa tu rodzaj męski przejawiający skłonności do zbyt dosadnego traktowania swojego męskiego ego. Zaczęta i niedokończona ciapkanina widniejąca na talerzu, to bez wątpienia obraz rozkapryszonej bachorowni, która przed zżarciem dania, manipulując rodzicami rodzi nie lada wyzwanie dla przyjmującego zamówienie. No i wreszcie czysty wymieciony do cna talerz. Dwojaki znak mający następujące interpretacje: Gość naprawdę ceniący sobie walory restauracyjne oraz smak serwowanej potrawy lub też tzw: "przybłęda", czyli człowiek, który wydał swój ostatni grosz by skonsumować posiłek w atmosferze ekslusiv. Zresztą zaistniała sytuacja nie pozwala mu pozostawić talerza w jakiejkolwiek innej formie. Można by przytaczać podobnych przykładów bez liku, bo różnorodność podniebienia jest tak samo szeroka i zróżnicowana jak ludzi na ziemi.
Ktoś mógłby się obruszyć i zapytać czy nie łapie mnie obrzydzenie czyniąc tak niestosowne posunięcia. Owszem zdarzają cię jakieś niepożądane "cofki". Wtedy po prostu odstawiam talerz prosto w okno zwrotu brudnych naczyń i po sprawie. Co się odwlecze to nie uciecze. Ważnym elementem następującym każdorazowo przed spożyciem pozostałości są jednak nowe sztućce. Bądź co bądź, ale podstawy BHP należy zachowywać. Tu dochodzi jeszcze kwestia pielęgnacji jamy ustnej przed niepożądanymi elementami lubiącymi zachodzić zwłaszcza między zębami widelców.
A więc smacznego!!!
Ktoś mógłby się obruszyć i zapytać czy nie łapie mnie obrzydzenie czyniąc tak niestosowne posunięcia. Owszem zdarzają cię jakieś niepożądane "cofki". Wtedy po prostu odstawiam talerz prosto w okno zwrotu brudnych naczyń i po sprawie. Co się odwlecze to nie uciecze. Ważnym elementem następującym każdorazowo przed spożyciem pozostałości są jednak nowe sztućce. Bądź co bądź, ale podstawy BHP należy zachowywać. Tu dochodzi jeszcze kwestia pielęgnacji jamy ustnej przed niepożądanymi elementami lubiącymi zachodzić zwłaszcza między zębami widelców.
A więc smacznego!!!
środa, 29 września 2010
Środek tygodnia
Wcale nie jest łatwo tłamsić w sobie najróżniejsze obiekcje i sprzeczne reakcje. Prędzej czy później nadchodzi czas w którym zmuszony jesteś wykrzyczeć wszystko to co myślisz. Najlepiej prosto w zadufany pysk znienawidzonego przez Ciebie do szpiku kości przełożonego z pracy, bądź policjantowi na skrzyżowaniu ulic lub też w najlżejszej wersji upierdliwemu sąsiadowi, który co poranek wyprowadza swojego kundla wprost przed twoje drzwi, by ten bez większych ceremoniałów mógł na nie naszczać.
To nie było przeczucie. To był pewniak, niczym niezawodny traf obstawiony podczas niedzielnej gonitwy. Dziś przyszła jego kolej. I nie było w tym nic dziwnego. W świecie płytkich idei nafaszerowanych po brzegi marketingową papką, wolna, głęboka w swoim pięknie myśl, nie idzie w parze z przyjętym przez społeczeństwo konsumpcyjnym stolcem.
- Pieprzę to!
- Co proszę?
- Powiedziałem wyraźnie - Pieprzę to! Sram na to! Mam to głęboko w swojej spęczniałej dupie!
- No proszę pana, taki przejaw niesubordynacji w miejscu pracy będę musiał zameldować do głównego kierownika działu.
- Możesz nawet zameldować to prosto do świętego Piotra! Ty tępy lamusie, wylansowana menadżerska łajzo!
W chwili, gdy wypowiedział te słowa, spostrzegł miernotę swojego oprawcy. Patrzył jak policzki jego pewnego siebie ryja nabiegają krwią, pulsując nieregularnie, niczym końskie jaja podczas wymuszonego galopu. Nie zaprzeczał, sprawiło mu to chwilową satysfakcję, choć z góry było wiadomo kto poniesie konsekwencje tej potyczki.
- Ja kategorycznie protestuję wobec takiego zachowania! Pan stanowczo zapomina, gdzie się aktualnie znajduje. To nie do pomyślenia, by w tak ekskluzywnym i profesjonalnym miejscu dochodziło do takich karygodnych i poniżających ekscesów. Jest pan natychmiast, dyscyplinarnie zwolniony bez możliwości ubiegania się o pozytywne referencje.
- To ja Cię zwalniam Ty nażelowana łepetyno z możliwości zabierania jakiegokolwiek zdania skierowanego w moją stronę. W ogóle zwalniam z życia Ciebie i całą tą pierdoloną kadrę z góry, która zamiast ruszyć swoje obrośnięte hemoroidami zady, bezmyślnie wpatruje się tylko w monitory swoich laptopów. Do widzenia!
Pieprzeni profesjonaliści własnych ambicji. Doprawdy trudno uwierzyć, że dożyliśmy czasu w którym o Twoim losie decyduje naciśnięcie odpowiedniego klawisza klawiatury. Że też to ziemia musi być wypchana po brzegi tym zafajdanym kurewstwem. Psują tylko zdrowie człowiekowi, skurwysyny jedne - pomyślał trzaskając na wyjście drzwiami.
Południe na zewnątrz było rześkie, oszałamiające w swojej prostocie, zorganizowane pod każdym względem, pełne werwy i jesiennego zapachu. Dookoła wolnym krokiem wmieszani w szelest liści przemieszczali się ludzie, z których twarzy mogłeś wyczytać o konsekwentnie wytypowanym celu w życiu.
Zdecydowanym kopniakiem wymierzonym w kilka pustych puszek po piwie, rozpoczął swoją niczym niezobowiązującą wędrówkę przed siebie. W kieszeniach lumpeksowej marynarki pomiędzy zmiętymi kartkami z wierszami panoszyło się kilka zaskórniaków. W sam raz na średniej jakości bełta.
- Żona nie będzie pocieszona - pomyślał. Miłość nasączona poezją nie jest wystarczającym czynnikiem zapewniającym minimum komfortu w związku. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi jarzmo odpowiedzialności za siebie na wzajem.
- Psia kość!!! A miało być tak pięknie... - wycedził między zębami.
- ...bo w sumie na upartego rzecz biorąc - Jest! - dodał naprędce w myśli.
Raz jeszcze przepłukał gardło wizją wina i zamknął oczy, zagłębiając się w swoim niesprecyzowanym, aczkolwiek pięknym na swój sposób żywocie.
To nie było przeczucie. To był pewniak, niczym niezawodny traf obstawiony podczas niedzielnej gonitwy. Dziś przyszła jego kolej. I nie było w tym nic dziwnego. W świecie płytkich idei nafaszerowanych po brzegi marketingową papką, wolna, głęboka w swoim pięknie myśl, nie idzie w parze z przyjętym przez społeczeństwo konsumpcyjnym stolcem.
- Pieprzę to!
- Co proszę?
- Powiedziałem wyraźnie - Pieprzę to! Sram na to! Mam to głęboko w swojej spęczniałej dupie!
- No proszę pana, taki przejaw niesubordynacji w miejscu pracy będę musiał zameldować do głównego kierownika działu.
- Możesz nawet zameldować to prosto do świętego Piotra! Ty tępy lamusie, wylansowana menadżerska łajzo!
W chwili, gdy wypowiedział te słowa, spostrzegł miernotę swojego oprawcy. Patrzył jak policzki jego pewnego siebie ryja nabiegają krwią, pulsując nieregularnie, niczym końskie jaja podczas wymuszonego galopu. Nie zaprzeczał, sprawiło mu to chwilową satysfakcję, choć z góry było wiadomo kto poniesie konsekwencje tej potyczki.
- Ja kategorycznie protestuję wobec takiego zachowania! Pan stanowczo zapomina, gdzie się aktualnie znajduje. To nie do pomyślenia, by w tak ekskluzywnym i profesjonalnym miejscu dochodziło do takich karygodnych i poniżających ekscesów. Jest pan natychmiast, dyscyplinarnie zwolniony bez możliwości ubiegania się o pozytywne referencje.
- To ja Cię zwalniam Ty nażelowana łepetyno z możliwości zabierania jakiegokolwiek zdania skierowanego w moją stronę. W ogóle zwalniam z życia Ciebie i całą tą pierdoloną kadrę z góry, która zamiast ruszyć swoje obrośnięte hemoroidami zady, bezmyślnie wpatruje się tylko w monitory swoich laptopów. Do widzenia!
Pieprzeni profesjonaliści własnych ambicji. Doprawdy trudno uwierzyć, że dożyliśmy czasu w którym o Twoim losie decyduje naciśnięcie odpowiedniego klawisza klawiatury. Że też to ziemia musi być wypchana po brzegi tym zafajdanym kurewstwem. Psują tylko zdrowie człowiekowi, skurwysyny jedne - pomyślał trzaskając na wyjście drzwiami.
Południe na zewnątrz było rześkie, oszałamiające w swojej prostocie, zorganizowane pod każdym względem, pełne werwy i jesiennego zapachu. Dookoła wolnym krokiem wmieszani w szelest liści przemieszczali się ludzie, z których twarzy mogłeś wyczytać o konsekwentnie wytypowanym celu w życiu.
Zdecydowanym kopniakiem wymierzonym w kilka pustych puszek po piwie, rozpoczął swoją niczym niezobowiązującą wędrówkę przed siebie. W kieszeniach lumpeksowej marynarki pomiędzy zmiętymi kartkami z wierszami panoszyło się kilka zaskórniaków. W sam raz na średniej jakości bełta.
- Żona nie będzie pocieszona - pomyślał. Miłość nasączona poezją nie jest wystarczającym czynnikiem zapewniającym minimum komfortu w związku. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi jarzmo odpowiedzialności za siebie na wzajem.
- Psia kość!!! A miało być tak pięknie... - wycedził między zębami.
- ...bo w sumie na upartego rzecz biorąc - Jest! - dodał naprędce w myśli.
Raz jeszcze przepłukał gardło wizją wina i zamknął oczy, zagłębiając się w swoim niesprecyzowanym, aczkolwiek pięknym na swój sposób żywocie.
Londyn 07-10.IX.2010
czwartek, 8 kwietnia 2010
Pewnego czwartku na ulicy Czwartek
Spokój i cisza zalegająca zewsząd przeszywana była tylko jednostajnym tykaniem zegara od niepamiętnych dla mnie czasów ulokowanym w tym samym miejscu na górnej półce. Przez firany jak każdego letniego popołudnia promienie słońca bezpardonowo wdzierały się do wnętrza pokoju, załamując swoje światło na posrebrzanej powierzchni masywnego radzieckiego samowaru do herbaty prosto z salonów Izabelli Łęckiej. Na środku średniej wielkości stół, dźwigający na swoich czterech nogach kryształową popielnicę, talerz drożdżowego ciasta i dzban kompotu z suszonych owoców. Po jednej stronie ja wciśnięty w głąb wytartego fotela. Wysłuchujący najrozmaitszych wywodów Babci, z którymi wszakże nie zawsze musiałem się zgadzać, lecz mimo wszystko za każdym razem towarzyszył tym rozmowom jakiś czar przeżytej przeszłości w kolorze sepia. Praktycznie podczas wszystkich moich wizyt Babcia zajmowała to samo miejsce, przybierając tą samą pozę. Niczym "Postać Stańczyka" z obrazu Jana Matejki. Zawsze z lewego rogu stołu na równie wytartym fotelu. Dopełnieniem wszystkiego było otwarcie balkonowych drzwi, gdzie wraz z powiewem przyjemnego wiatru dało się słyszeć zlepiony w jeden chaotyczny chór - gruchanie mnóstwa gołębi, zalegających na powierzchni i poręczach niemalże całego balkonu. Sposób w jaki Babcia snuła refleksję na ich temat świadczył o tym, iż odgrywały one dość ważną rolę w jej życiu. Stanowiły pulsującą życiem cząstkę, wypełniającą na co dzień samotną egzystencję starszej osoby. Oczywiście pomocnej dłoni ze strony małej garstki wnucząt nigdy nie brakowało. Zazwyczaj wystarczył jeden telefon. Wiadomo jednak, starsi ludzie mają swoje przyzwyczajenia. A ich zmiana graniczy niemal z cudem. Tak też było w przypadku tych dzikich gołębi, które Babcia miała w zwyczaju traktować jako należące do niej.
Ziemski czas dla Babci zatrzymał się już kilka lat temu, lecz wspomnienia po niej nadal przywoływane są wraz z jednostajnym tykaniem zegara. Niekoniecznie tym, z górnej półki o którego losie nie mam zielonego pojęcia. Wiem jedno; z czasem i ci wspominający przejdą do wspomnień wybijanych pod dyktando kolejnych zegarów.
Ziemski czas dla Babci zatrzymał się już kilka lat temu, lecz wspomnienia po niej nadal przywoływane są wraz z jednostajnym tykaniem zegara. Niekoniecznie tym, z górnej półki o którego losie nie mam zielonego pojęcia. Wiem jedno; z czasem i ci wspominający przejdą do wspomnień wybijanych pod dyktando kolejnych zegarów.
Pamięci Babci Anny
wtorek, 24 listopada 2009
Dzień
I Drugie śniadanie
Po porannej toalecie i przemyciu zmiętej twarzy strugami zimnej wody, świat nie wydawał się już tak bardzo statyczny. Może to zasługa bardziej rozbudzonych na czułość postrzegania odświeżonych oczu. Jednakże dopiero na zewnątrz, wśród rozmytego odoru ulic miasta, poczułem błędność
założenia. Sprawy całkowicie nie przybierały biegu zgodnego z moją wolą.
Pani Basia nie zaserwowała mi moich ulubionych naleśników w moim znienawidzonym barze "Pod zieloną wstążeczką" w sposób należyty. Powód jaki przedstawiła; o-błędne spojrzenie i brak głębszej motywacji na pierwszy rzut oka. Co za tym idzie, moją osobę cechuje tylko powierzchowna giętkość. Po długiej konfrontacji udało mi się w końcu wywalczyć namiastkę drugiego śniadania. Zostałem wbrew woli pani Basi obsłużony. Muszę jednak stwierdzić, że od niechcenia. Szybki i stanowczy rzut naleśnikiem o blat stołu z efektem zabrudzenia przez zmielone owoce kraciastej ceraty. Poczułem się lekko zażenowany całą tą sytuacją. Nieco spokoju wniosło we mnie echo rozstawianych butelek z mlekiem przed sklepem naprzeciwko i kojący śpiew ptaków z oddali. Cudowna kompozycja. Po otarciu ust serwetką, wyszedłem dziarsko niezauważony przez nieliczną, aczkolwiek prawie stałą klientelę. Zrezygnowałem z prośby o kawę w obawie możliwości dojścia do rękoczynów. Oczywiście ze strony pani Basi.
II Ulica marzeń
Pogoda była nawet przystępna. Słoneczko świeciło, gdzieniegdzie chmurka lekko pląsała po błękitnej powłoce nieba. Tylko ludzkie spojrzenia jak zwykle pozbawione były wyrazu, ostrości i głębszej refleksji nad zmianami zachodzącymi w ich naturalnym środowisku. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Kwestia przyzwyczajenia i wyrachowanej życzliwości. Przecież nie będę zabiegał o zrozumienie ze strony innych w dobie szerokiego rozwoju dóbr materialnych, gdzie nawet manekiny ze sklepowych witryn przejawiają więcej optymizmu i pogody ducha, niż to pospólstwo błąkające się stadami lub w pojedynkę po ulicach złudnych marzeń.
III Autobus
Nie ma lepszego miejsca na zawał i maksymalny wkurw, niż podróż zapchanym po brzegi autobusie komunikacji miejskiej. Pomijając już ogólny stan wewnętrzny i te cholerne nieczytelne kasowniki. To one bez wątpienia stanowią podstawowy motyw do wszelkich bezowocnych konwersacji i pustych tłumaczeń, podczas niespodziewanego nalotu masywnych zazwyczaj ciałem nie umysłem kontrolerów biletów. Którzy swoim zachowaniem przypominają bardziej windykatorów długów niż łagodnego usposobienia pracowników spółki z ogromną odpowiedzialnością. Zdarzają się wyjątki. Nie zaprzeczam. Trafiają się jednak bardzo rzadko, sporadycznie. Wiadomo brak cierpliwości rzecz ludzka. W większości przypadków dla uniknięcia odciśnięcia brzegu poręczy siedzenia na twarzy, lepiej poddać się bez walki i z pochyloną głową przyjąć bilet zastępczy. Dzisiaj wszak dostąpiłem zaszczytu losu i żadna z powyższych sytuacji mnie nie spotkała. Zbytek łaski, lecz dzięki temu podróż minęła bezboleśnie. Pomijając ogólny ścisk, nieświeżość oddechów pasażerów, obślinioną nogawkę spodni przez wyalienowanego mopsa i brak telefonu komórkowego w kieszeni marynarki. Co spostrzegłem dopiero w pracy.
IV W pracy
Uwielbiam ten "twórczy" czas, kiedy to po tych wszystkich perypetiach mogę bez żadnych ceremoniałów rozłożyć swoje zaganiane pupsko na okrągłym fotelu, tuż naprzeciwko mojego biurka. Mam tam specjalną półeczkę, w której zostawiam swoje człowieczeństwo i wszystko co
posiada jakieś znaczenie dla mojej głowy. Po czym odmóżdżony, przechodzę przez ośmiogodzinną metamorfozę. Niczym olbrzymi młot pneumatyczny wbijam, wystukuję, kalkuluję, obstukuję to, co zostało mi przydzielone. Dzięki czemu mam metafizyczne przeświadczenie, że to co robię ma ogromny wkład w rozwój ogólnoświatowej gospodarki i ekonomii. Czysta brawura i nieopisane poświęcenie. A wszystko po to, by pod koniec miesiąca przelało ci się na konto kilkanaście wytworzonych ręką ludzką papierków. Mających nie wiadomo przez kogo nadaną wartość pieniężną. I pomyśleć, że większość zła jakie ma miejsce na świecie jest spowodowana niepohamowaną żądzą człowieka do tych różniących się ilością zer gówienek z podobiznami zasłużonych liderów - czyli banknotów. Bez nich nie istniejesz. Co za ironia losu. Czy tak właśnie miało wyglądać nasze pierwotne przeznaczenie. Zaraz potem jeżeli mówimy już o złu jakie sobie nawzajem wyrządzamy, lansuje się problematyka miłosna a dosłownie kwestia penisa i waginy.
Godzina na zegarze wybiła zbawienny gong sygnalizujący nadejście końca pracy. Zabieram z półeczki swój mózg i z ulgą opuszczam to ponure miejsce.
V Sklep
Nadmiar dobrobytu odzwierciedla się przede wszystkim w przepychu półek sklepowych. Pełna kieszeń jest dostępna wciąż dla nielicznych. Zupełna odwrotność minionych lat. No i te najróżniejsze promocje na wszystko. Całe hardy zainspirowanych wizją lepszego jutra młodych ludzi, a także rencistów i emerytów chcących podreperować swój lichy budżet, beztrosko lecz z postawą myśliwego hasają po wszelkich dostępnych powierzchniach supermarketów. Przebrani za tampony, wykałaczki, batony, owoce, suszarki i sprzęty gospodarstwa domowego nieustannie próbują wcisnąć nam coś ponad normę. Muszę przyznać jest to niewątpliwie zuchwały sposób robienia z człowieka totalnego idioty przez wielkie koncerny zapewniające świetlaną przyszłość. Cel uświęca środki. Ja swój spotkałem na dziale warzywnym.
- Jeżeli pan kupi dwa kilo marchwi, natkę pietruszki otrzyma pan gratis.
Wystrzeliła jak z procy młoda panienka z marchwią w miejscu nosa a zamiast włosów coś jakby na wzór liści kapusty unosiło się ponad jej czołem.
- Ale ja potrzebuję tylko dwie na rosół - odparłem nieco zaskoczony.
- To źle - odpowiedziała dziewczyna z pewnym zawiedzeniem w głosie.
- Gdy sprzedaż spadnie poniżej minimum, stracę swój wizerunek i cała moja kariera ulegnie nieodwracalnej zmianie. Łącznie z utratą marchwi z nosa - kontynuowała.
- Przykro mi, nic na to nie mogę poradzić. Nie jestem odpowiedzialny za zapewnienie komuś pozycji na rynku, przepłacając za to z własnej a na dodatek dziurawej kieszeni - odparłem w miarę ze stoickim spokojem.
Cóż za zrządzenie losu, uświadomić sobie w dorosłym wieku, że twoje życie jest zależne od ilości sprzedanych marchwi - pomyślałem. Po czym rozgoryczony zaistniałą sceną udałem się w kierunku kasy.
VI Dialog
Na dworze biło już nieco chłodnym powietrzem z zachodu. Odpowiedni moment na ochłonięcie z dzisiejszych wrażeń. Nie trwało to jednak długo.
- Hej ty!
Zbity z tropu już odwracałem głowę w stronę fali dźwiękowej, gdy nagle usłyszałem z przeciwległej strony krótkie:
- Co?
- Kopsnij trzy pięćdziesiąt.
- Nie mam.
- A kopa w ryja chcesz?
Resztę konwersacji zagłuszył tupot moich przyspieszonych kroków. Co za szczęście, że tym razem to nie ja. Zwłaszcza, gdy w kieszeni mam tylko trzy czterdzieści, będące resztą z zakupu dwóch marchwi. Uzyskawszy w miarę normalny puls, pomyślałem sobie o tych wszystkich ludziach przeszytych na wylot rządzą agresji i nienawiści. Skąd oni czerpią jej pokłady. Gdzie rodzi się to "arche" zła. Czyżby niedobór krzyży w salach gimnazjalnych, licealnych oraz uczelniach wyższych i urzędach publicznych, podsycał w sercach młodych i starych ogień wywierania niepożądanej presji w stosunku do innych bliźnich. W kraju, w którym wszelkie próby odskoczni od średniowiecznych standardów kończą się natychmiastowym wklepaniem ich w ziemski pył za pomocą moralizatorskiego walca. I na pożegnanie sowicie zroszone święconą wodą. I wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem zbyt prosty w swojej złożoności, by to wszystko ogarnąć jednym tchem.
VII Dom
W końcu w domu. Cztery przysłowiowe ściany, sufit i łazienka. A pośrodku ja, siedzący wygodnie na stołku przed stołem, gdzie posiadanie specjalnej półeczki mija się z celem. Tutaj jestem w pełni sobą. Osobą z krwi i kości zajadającą zardzewiałe herbatniki zapijane letnią herbatą. Rozciągam nogi, chwilowy przypływ ulgi i odpocznienia przechodzący stopniowo w sen, odstrasza wizję nadejścia kolejnego dnia. Następuje błoga cisza. W oddali daje się słychać tylko skowyt psów, uciekających w popłochu z podwiniętymi ogonami przed mrocznym cieniem pani Basi od naleśników.
Po porannej toalecie i przemyciu zmiętej twarzy strugami zimnej wody, świat nie wydawał się już tak bardzo statyczny. Może to zasługa bardziej rozbudzonych na czułość postrzegania odświeżonych oczu. Jednakże dopiero na zewnątrz, wśród rozmytego odoru ulic miasta, poczułem błędność
założenia. Sprawy całkowicie nie przybierały biegu zgodnego z moją wolą.
Pani Basia nie zaserwowała mi moich ulubionych naleśników w moim znienawidzonym barze "Pod zieloną wstążeczką" w sposób należyty. Powód jaki przedstawiła; o-błędne spojrzenie i brak głębszej motywacji na pierwszy rzut oka. Co za tym idzie, moją osobę cechuje tylko powierzchowna giętkość. Po długiej konfrontacji udało mi się w końcu wywalczyć namiastkę drugiego śniadania. Zostałem wbrew woli pani Basi obsłużony. Muszę jednak stwierdzić, że od niechcenia. Szybki i stanowczy rzut naleśnikiem o blat stołu z efektem zabrudzenia przez zmielone owoce kraciastej ceraty. Poczułem się lekko zażenowany całą tą sytuacją. Nieco spokoju wniosło we mnie echo rozstawianych butelek z mlekiem przed sklepem naprzeciwko i kojący śpiew ptaków z oddali. Cudowna kompozycja. Po otarciu ust serwetką, wyszedłem dziarsko niezauważony przez nieliczną, aczkolwiek prawie stałą klientelę. Zrezygnowałem z prośby o kawę w obawie możliwości dojścia do rękoczynów. Oczywiście ze strony pani Basi.
II Ulica marzeń
Pogoda była nawet przystępna. Słoneczko świeciło, gdzieniegdzie chmurka lekko pląsała po błękitnej powłoce nieba. Tylko ludzkie spojrzenia jak zwykle pozbawione były wyrazu, ostrości i głębszej refleksji nad zmianami zachodzącymi w ich naturalnym środowisku. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Kwestia przyzwyczajenia i wyrachowanej życzliwości. Przecież nie będę zabiegał o zrozumienie ze strony innych w dobie szerokiego rozwoju dóbr materialnych, gdzie nawet manekiny ze sklepowych witryn przejawiają więcej optymizmu i pogody ducha, niż to pospólstwo błąkające się stadami lub w pojedynkę po ulicach złudnych marzeń.
III Autobus
Nie ma lepszego miejsca na zawał i maksymalny wkurw, niż podróż zapchanym po brzegi autobusie komunikacji miejskiej. Pomijając już ogólny stan wewnętrzny i te cholerne nieczytelne kasowniki. To one bez wątpienia stanowią podstawowy motyw do wszelkich bezowocnych konwersacji i pustych tłumaczeń, podczas niespodziewanego nalotu masywnych zazwyczaj ciałem nie umysłem kontrolerów biletów. Którzy swoim zachowaniem przypominają bardziej windykatorów długów niż łagodnego usposobienia pracowników spółki z ogromną odpowiedzialnością. Zdarzają się wyjątki. Nie zaprzeczam. Trafiają się jednak bardzo rzadko, sporadycznie. Wiadomo brak cierpliwości rzecz ludzka. W większości przypadków dla uniknięcia odciśnięcia brzegu poręczy siedzenia na twarzy, lepiej poddać się bez walki i z pochyloną głową przyjąć bilet zastępczy. Dzisiaj wszak dostąpiłem zaszczytu losu i żadna z powyższych sytuacji mnie nie spotkała. Zbytek łaski, lecz dzięki temu podróż minęła bezboleśnie. Pomijając ogólny ścisk, nieświeżość oddechów pasażerów, obślinioną nogawkę spodni przez wyalienowanego mopsa i brak telefonu komórkowego w kieszeni marynarki. Co spostrzegłem dopiero w pracy.
IV W pracy
Uwielbiam ten "twórczy" czas, kiedy to po tych wszystkich perypetiach mogę bez żadnych ceremoniałów rozłożyć swoje zaganiane pupsko na okrągłym fotelu, tuż naprzeciwko mojego biurka. Mam tam specjalną półeczkę, w której zostawiam swoje człowieczeństwo i wszystko co
posiada jakieś znaczenie dla mojej głowy. Po czym odmóżdżony, przechodzę przez ośmiogodzinną metamorfozę. Niczym olbrzymi młot pneumatyczny wbijam, wystukuję, kalkuluję, obstukuję to, co zostało mi przydzielone. Dzięki czemu mam metafizyczne przeświadczenie, że to co robię ma ogromny wkład w rozwój ogólnoświatowej gospodarki i ekonomii. Czysta brawura i nieopisane poświęcenie. A wszystko po to, by pod koniec miesiąca przelało ci się na konto kilkanaście wytworzonych ręką ludzką papierków. Mających nie wiadomo przez kogo nadaną wartość pieniężną. I pomyśleć, że większość zła jakie ma miejsce na świecie jest spowodowana niepohamowaną żądzą człowieka do tych różniących się ilością zer gówienek z podobiznami zasłużonych liderów - czyli banknotów. Bez nich nie istniejesz. Co za ironia losu. Czy tak właśnie miało wyglądać nasze pierwotne przeznaczenie. Zaraz potem jeżeli mówimy już o złu jakie sobie nawzajem wyrządzamy, lansuje się problematyka miłosna a dosłownie kwestia penisa i waginy.
Godzina na zegarze wybiła zbawienny gong sygnalizujący nadejście końca pracy. Zabieram z półeczki swój mózg i z ulgą opuszczam to ponure miejsce.
V Sklep
Nadmiar dobrobytu odzwierciedla się przede wszystkim w przepychu półek sklepowych. Pełna kieszeń jest dostępna wciąż dla nielicznych. Zupełna odwrotność minionych lat. No i te najróżniejsze promocje na wszystko. Całe hardy zainspirowanych wizją lepszego jutra młodych ludzi, a także rencistów i emerytów chcących podreperować swój lichy budżet, beztrosko lecz z postawą myśliwego hasają po wszelkich dostępnych powierzchniach supermarketów. Przebrani za tampony, wykałaczki, batony, owoce, suszarki i sprzęty gospodarstwa domowego nieustannie próbują wcisnąć nam coś ponad normę. Muszę przyznać jest to niewątpliwie zuchwały sposób robienia z człowieka totalnego idioty przez wielkie koncerny zapewniające świetlaną przyszłość. Cel uświęca środki. Ja swój spotkałem na dziale warzywnym.
- Jeżeli pan kupi dwa kilo marchwi, natkę pietruszki otrzyma pan gratis.
Wystrzeliła jak z procy młoda panienka z marchwią w miejscu nosa a zamiast włosów coś jakby na wzór liści kapusty unosiło się ponad jej czołem.
- Ale ja potrzebuję tylko dwie na rosół - odparłem nieco zaskoczony.
- To źle - odpowiedziała dziewczyna z pewnym zawiedzeniem w głosie.
- Gdy sprzedaż spadnie poniżej minimum, stracę swój wizerunek i cała moja kariera ulegnie nieodwracalnej zmianie. Łącznie z utratą marchwi z nosa - kontynuowała.
- Przykro mi, nic na to nie mogę poradzić. Nie jestem odpowiedzialny za zapewnienie komuś pozycji na rynku, przepłacając za to z własnej a na dodatek dziurawej kieszeni - odparłem w miarę ze stoickim spokojem.
Cóż za zrządzenie losu, uświadomić sobie w dorosłym wieku, że twoje życie jest zależne od ilości sprzedanych marchwi - pomyślałem. Po czym rozgoryczony zaistniałą sceną udałem się w kierunku kasy.
VI Dialog
Na dworze biło już nieco chłodnym powietrzem z zachodu. Odpowiedni moment na ochłonięcie z dzisiejszych wrażeń. Nie trwało to jednak długo.
- Hej ty!
Zbity z tropu już odwracałem głowę w stronę fali dźwiękowej, gdy nagle usłyszałem z przeciwległej strony krótkie:
- Co?
- Kopsnij trzy pięćdziesiąt.
- Nie mam.
- A kopa w ryja chcesz?
Resztę konwersacji zagłuszył tupot moich przyspieszonych kroków. Co za szczęście, że tym razem to nie ja. Zwłaszcza, gdy w kieszeni mam tylko trzy czterdzieści, będące resztą z zakupu dwóch marchwi. Uzyskawszy w miarę normalny puls, pomyślałem sobie o tych wszystkich ludziach przeszytych na wylot rządzą agresji i nienawiści. Skąd oni czerpią jej pokłady. Gdzie rodzi się to "arche" zła. Czyżby niedobór krzyży w salach gimnazjalnych, licealnych oraz uczelniach wyższych i urzędach publicznych, podsycał w sercach młodych i starych ogień wywierania niepożądanej presji w stosunku do innych bliźnich. W kraju, w którym wszelkie próby odskoczni od średniowiecznych standardów kończą się natychmiastowym wklepaniem ich w ziemski pył za pomocą moralizatorskiego walca. I na pożegnanie sowicie zroszone święconą wodą. I wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem zbyt prosty w swojej złożoności, by to wszystko ogarnąć jednym tchem.
VII Dom
W końcu w domu. Cztery przysłowiowe ściany, sufit i łazienka. A pośrodku ja, siedzący wygodnie na stołku przed stołem, gdzie posiadanie specjalnej półeczki mija się z celem. Tutaj jestem w pełni sobą. Osobą z krwi i kości zajadającą zardzewiałe herbatniki zapijane letnią herbatą. Rozciągam nogi, chwilowy przypływ ulgi i odpocznienia przechodzący stopniowo w sen, odstrasza wizję nadejścia kolejnego dnia. Następuje błoga cisza. W oddali daje się słychać tylko skowyt psów, uciekających w popłochu z podwiniętymi ogonami przed mrocznym cieniem pani Basi od naleśników.
wtorek, 13 października 2009
Zarys historii nad wyraz banalnej
Zrodził się z łona przeciętnej kobiety. W pełni nagi, niczym nieskrępowany, nieświadomie wolny od wszelkich ograniczeń. Idealny materiał na "nadczłowieka" w nietzscheańskim pojęciu dziecka. I na tym koniec. Przez resztę życia, brnął w garniturze. Zagubiony między setkami diagramów, wykresów, prognoz i statystyk. Bystrość, stanowczość, przedsiębiorczość i pracowitość pozwoliły mu na szybkie osiągnięcie fortuny. Uzyskał wszystko, po czym zszedł z tego świata, nie mając pojęcia, że istniało całe mnóstwo innych rzeczy. O wiele istotniejszych niż problematyka odpowiedniego doboru krawatu do zbyt nadwyrężonej szyi. Został pochowany jak przystało na ostatnią posługę - w garniturze. Opuszczona aktówka zapłakała doniośle nad powierzchnią grobu. Po czym powędrowała na powrót w ręce tych, którzy z życiowego stolca, uczynili doniosłej rangi przeznaczenie, będące wyznacznikiem wszelakich wartości.
czwartek, 30 sierpnia 2007
Kamienie
Zawsze uważałem, że jestem człowiekiem, który trzeźwo patrzy na otaczający go świat
i nie ma żadnych urojeń. Tak było, aż do pewnego dnia. Pamiętam to było upalne popołudnie
wczesnego lata. Wracałem właśnie z uczelni, mając za sobą ostatni egzamin poprawkowy.
Rozkoszując się widokiem pięknego i mądrego świata usłyszałem nagle głos:
- Przyjacielu.
Rozejrzałem się wokoło, ale nic nie spostrzegłem.
- Hej, przyjacielu tutaj jestem.
Schyliłem się do dołu i zobaczyłem mały zwykły kamień, który powiedział:
- Podnieś mnie przyjacielu, a pokażę Ci absurdalność i głupotę tego świata.
Byłem nieco zaskoczony, ale go podniosłem i oczom nie wierząc zobaczyłem wokół siebie same
kamienie.
- Chodź, pora udać się w długą podróż - powiedział kamień. Więc poszedłem mijając kolejne
kamienie.
- Te kamienie idą do pracy, a te do szkoły - wskazywał mi kamień na chodzące kamienie.
- Ale jak kamienie mogą chodzić do pracy lub do szkoły? - spytałem zdziwiony.
- Normalnie, bo to są ludzkie kamienie - odpowiedział kamień.
Rozmawiając tak z kamieniem szedłem główną ulicą, aż ujrzałem duży bazar, gdzie mnóstwo
kamieni kłóciło się ze sobą.
- Rozmawiają jak prawdziwi ludzie.
- Nieprawdaż? - powiedział kamień.
- Chodź dalej, pokażę Ci coś jeszcze - powiedział kamień. I zaprowadził mnie do budynku
przypominającego szpital.
W środku pokazał mi martwe kamienie i te, które już niedługo miały umrzeć.
- Co się z nimi teraz stanie? - spytałem nieśmiało.
- Zostaną wyrzucone na gruz - rzekł kamień.
- No, ale pora już na nas. Tutaj jest zbyt ponuro - powiedział kamień.
Tak idąc dalej zobaczyłem kamienie rozmawiające przez telefony komórkowe.
- Czy to są kamienie biznesmeni? - spytałem.
- Tak wyglądają, ale to tylko nędzny żwir - wskazał kamień.
Rozmawiając tak dalej ujrzeliśmy procesję kamieni, która czciła Wielkiego Kamienia.
Z ciekawości spytałem kamienia.
- Powiedz mi kim jest ten Wielki Kamień?
- Ten kamień?
- Tak.
- To pustak, zwykły prosty pustak, taki jak cegła z otworkami.
Nagle zobaczyłem, że kamień płacze.
- Dlaczego płaczesz kamieniu? - spytałem.
- Bo to wszystko jest takie skamieniałe ...
Z krzykiem na twarzy i zlany potem obudziłem się w środku nocy na kupie gruzu.
Michał Kopaczewski
Lublin 1998 ( opowiadanie opublikowane w piśmie literacko-filozoficznym "Dictum")
i nie ma żadnych urojeń. Tak było, aż do pewnego dnia. Pamiętam to było upalne popołudnie
wczesnego lata. Wracałem właśnie z uczelni, mając za sobą ostatni egzamin poprawkowy.
Rozkoszując się widokiem pięknego i mądrego świata usłyszałem nagle głos:
- Przyjacielu.
Rozejrzałem się wokoło, ale nic nie spostrzegłem.
- Hej, przyjacielu tutaj jestem.
Schyliłem się do dołu i zobaczyłem mały zwykły kamień, który powiedział:
- Podnieś mnie przyjacielu, a pokażę Ci absurdalność i głupotę tego świata.
Byłem nieco zaskoczony, ale go podniosłem i oczom nie wierząc zobaczyłem wokół siebie same
kamienie.
- Chodź, pora udać się w długą podróż - powiedział kamień. Więc poszedłem mijając kolejne
kamienie.
- Te kamienie idą do pracy, a te do szkoły - wskazywał mi kamień na chodzące kamienie.
- Ale jak kamienie mogą chodzić do pracy lub do szkoły? - spytałem zdziwiony.
- Normalnie, bo to są ludzkie kamienie - odpowiedział kamień.
Rozmawiając tak z kamieniem szedłem główną ulicą, aż ujrzałem duży bazar, gdzie mnóstwo
kamieni kłóciło się ze sobą.
- Rozmawiają jak prawdziwi ludzie.
- Nieprawdaż? - powiedział kamień.
- Chodź dalej, pokażę Ci coś jeszcze - powiedział kamień. I zaprowadził mnie do budynku
przypominającego szpital.
W środku pokazał mi martwe kamienie i te, które już niedługo miały umrzeć.
- Co się z nimi teraz stanie? - spytałem nieśmiało.
- Zostaną wyrzucone na gruz - rzekł kamień.
- No, ale pora już na nas. Tutaj jest zbyt ponuro - powiedział kamień.
Tak idąc dalej zobaczyłem kamienie rozmawiające przez telefony komórkowe.
- Czy to są kamienie biznesmeni? - spytałem.
- Tak wyglądają, ale to tylko nędzny żwir - wskazał kamień.
Rozmawiając tak dalej ujrzeliśmy procesję kamieni, która czciła Wielkiego Kamienia.
Z ciekawości spytałem kamienia.
- Powiedz mi kim jest ten Wielki Kamień?
- Ten kamień?
- Tak.
- To pustak, zwykły prosty pustak, taki jak cegła z otworkami.
Nagle zobaczyłem, że kamień płacze.
- Dlaczego płaczesz kamieniu? - spytałem.
- Bo to wszystko jest takie skamieniałe ...
Z krzykiem na twarzy i zlany potem obudziłem się w środku nocy na kupie gruzu.
Michał Kopaczewski
Lublin 1998 ( opowiadanie opublikowane w piśmie literacko-filozoficznym "Dictum")
Subskrybuj:
Posty (Atom)