
Wczoraj podążając szlakiem swoich ulubionych filmów po raz kolejny obejrzałem obraz w reżyserii
Petera Lindsaya Weira "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". I po raz kolejny towarzyszyły mi te same emocje, zachwyt i wewnętrzne wołanie serca napędzane motywem Thoreau: "
By nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć...". Film ten bowiem od niepamiętnych czasów robi na mnie niesamowite wrażenie, pozostawiając kręcącą się w oku łzę. Jest receptą zawierającą lekarstwo na stwierdzenie "czym skorupka za młodu nasiąknie". Wnikliwą próbą wyrzeźbienia w nas wrażliwości na piękno, literaturę i poezję, bez względu na to jakie pozycje społeczne pochłonął nasze "Ja" w przyszłości. Kształtowaniem charakteru, wydobyciem z głębi siebie pasji życia, pchającej nas do czynienia rzeczy niezwykłych. Próbą porzucenia widma stereotypów, statyczności i wszelkiej maści konwenansów wtłaczanych w nas niczym przeterminowany olej prosto do głowy przez doświadczonych wiedzą i losem nauczycieli "racjonalnego" rozsądku. Wszystko to na rzecz marzeń, upojnych wyzwań, kluczowego "chwytania dnia" i wysysania z niego soków życia z zachowaniem cnoty mądrości i roztropności. Ten dramat obyczajowy jawi się jako niezapomniana lekcja życia, której przesłaniem jest metaforyczne stwierdzenie, iż nawet stając na stole wynosimy swoje wewnętrzne zdrowe ambicje i pragnienia ponad przeciętną i skostniałą rzeczywistość, nadając jej jednocześnie nowy wymiar i bardziej klarowny widok.
* (Oba kadry pochodzą z filmy Petera Lindsaya Weira "Dead Poets Society" 1989)