poniedziałek, 12 września 2011

Powoli

już powoli
słońce swym spojrzeniem
zieleń liści
w żółtą aureolę przyobleka
już powoli
wieczorny chłód przeszywa rękę
dotykającą łona skoszonej trawy
i polny owad
z wolna zaczyna
szukać schronienia
przed coraz krótszym dniem
puste półki
piwnicznego półmroku
zaczynają zapełniać się
przetworami
a w kuchni podczas kolacji
trzeba już zapalać światło
przez otwarte okno
wdziera się zapach palonego
gdzieś ogniska
na tle nieba
pogrążającego się we śnie
już powoli
kolejny rok
chyli się leniwie
ku końcowi

czwartek, 8 września 2011

Płynność

Bosques de mi Mente - Un nino que ya no existe jugando con el viejo piano

Oczami tęsknoty widziałem twarz ojca i matki. Na starych fotografiach zastygłą w uchwyconej pozie. Uwiecznioną, bez możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu, choćby najmniejszego drgnienia. Nostalgiczny moment uwięzienia czasu na chropowatym kawałku papieru. Tymczasem na ganku coraz więcej pożółkłych liści, nieubłaganie spychanych w szary ceglany kąt przez nadąsany wiatr. Da się wypatrzeć kasztana, klon i topolę. Za szybą w ulicznym gwarze, te same twarze pod różnymi obliczami nieba, wydeptują ten sam monolog na betonowych płytach i asfaltowych połaciach. Moje okno na fragment świata utrwala obrazy krótkotrwałe, bez możliwości ich uwiecznienia. Żywy obiektyw przemijalności, zniekształcany czasem przez krople padającego deszczu. Póki słychać bicie serca a w żyłach daje się wyczuć puls - będzie trwać strzępiony upływem czasu.
Rodzicom

środa, 7 września 2011

Skaza

już wygasam
jak znikająca gwiazda
z horyzontu nieba
już cichnę jak
wiatr który
z wyczerpania
postanowił się zatrzymać
dreszcz zmęczenia
drżenie powiek
w rękach zwiędły pęk
polnych kwiatów
w miejsce serca -
pęknięty wazon
co nieszczelnością swoją
daje upływ życiu

poniedziałek, 5 września 2011

***


uroki września
pod nogą zamiast piłki
brązowy kasztan

sobota, 3 września 2011

Hipoteza

"Poeci nigdy nie zabijają" - rzekł Humbert - ekscentryczny bohater powieści Nabokova Lolita.
To czy się mylił, czy też mówił prawdę nie gra w tej chwili żadnej roli. Przyjmijmy zatem w ślepo tezę, iż poeci nigdy nie zabijają... i rozwińmy ją o własną teorię:

Poeci nigdy nie zabijają. Poeci tylko drążą końcówką pióra zadane rany. Rozprowadzają wyciekającą krew niczym atrament na zatrute przekleństwem, jarzmem rzeczywistości arkusze papieru. Po czym zakrzepłe już poematy przykładają skwapliwie do niegojących się miejsc jak zatruty opatrunek, i z rozdartym sercem przypatrują się jak na nowo napływają ropą i wdzierającym się zakażeniem, nie potrafiąc jednocześnie zaprzestać tego precedensu.

czwartek, 1 września 2011

Z pożółkłej karty VIII


***

kiedy siedzę w moim pokoju
czasami słyszę za oknem bicie dzwonu
ktoś znowu odszedł
ktoś płacze
żałoba

Lublin 1996


Jeden z moich pierwszych wierszy. Właściwie co do dokładności chronologicznej to drugi. Zrodził się z refleksji jaką niosło za sobą echo bicia dzwonów z pobliskiego cmentarza, na który to właśnie wychodziły okna naszego mieszkania w bloku na ósmym piętrze.