Znowu nastąpił dzień, w którym intensywność przeżytych wspomnień jest tak wyraźna, jakby zdarzenia których doświadczyłem, wydarzyły się wczoraj. Jest to chwila dość przygnębiająca, gdyż nie ma odbicia w realnej teraźniejszości, pozostając jedynie w swojej obrazowej formie, gdzieś w chaotycznych zakamarkach mojego umysłu.
Chwytając okazję w oderwaniu od rzeczywistości, na powrót rozpoczynam swoje przeszłe wędrowanie:
- jako młodzieńczy brzdąc, włóczący się z plecakiem po bujnych lasach i magicznych pustkowiach razem ze swoją niezastąpioną drużyną harcerską "Grąd".
- jako miłośnik matczynego pichcenia, wchłaniający w siebie aromaty i przysmaki w najróżniejszych postaciach, w tak dobrze mi znanej rodzinnej kuchni. Na ósmym piętrze bloku, przypominającego pudełko zapałek z widokiem na zachód, gdzie podczas kolacji słońce kłaniało ci się przed snem.
- jako znikomy poeta, przepłukujący swoje wiersze pitnym miodem, podczas szaleńczo-metafizycznych wieczorków poetyckich.
- jako niczym nieskrępowany student filozofii, przecierający co roku wczesną jesienią, znane jak własną kieszeń szlaki Kazimierza Dolnego, z butelką taniego wina w ręku. Szukający w atmosferze ciszy i spokoju Góry Trzech Krzyży, refleksji nad przemijaniem i nieosiągalnej istoty życia.
- jako najszczęśliwszy wybraniec, przemierzający ze swoją ukochaną (aktualnie małżonką) kilometry romantycznych spacerów, popijając "szarlotkę" w skali zagęszczenia 65% na 35% soku jabłkowego wymieszanego od razu w kartonie.
- jako naiwny idealista zafascynowany utopijnymi wizjami naprawy świata, wierzący że walcząc z wiatrakami można coś zdziałać.
- jako doznająca jednostka, która w swoim czasie również ulegnie potędze przemijalności.
- jako...