wtorek, 20 listopada 2012
Improwizacja mnie właściwa
W domu taki spokój
a na zewnątrz liście szaleją.
Wiatr jak zesłany demon
przez zagniewanego Boga,
sieje pogrom otwartym przestrzeniom...
... a ja nic.
Nie czuję już tej twórczej weny. Tego inspiracyjnego kopniaka w dupę, który pozwalał mi wyciągać wnikliwe wnioski z otaczającej mnie rzeczywistości. Teraz jakby nieco ospały przemierzam utarte szlaki z głową spuszczoną do dołu. Szurając nogami, krok po kroku krzątam się śnięty jesienną aurą bez jakiejkolwiek dozy uśmiechu, refleksji, inicjacji. Jest mi cholernie mgliście. Czekam przebudzenia. Jeżeli w przyszłości łaskawie raczy mnie nawiedzić, chętnie skorzystam w nadziei odzyskania dawnej kondycji ducha poezji i wrażliwości.
wtorek, 13 listopada 2012
Cap of tea... Her Majesty ???
Jutro mam widzenie z Królową, po raz drugi w odstępie pięciu lat. Na tę okazję mam stawić się w nieskazitelnie wyprasowanej koszuli, na błysk byczych jajec - wypolerowanych butach, pięknie ogolony, uczesany, w " !@#$%^&*" zagiętych spodniach, przypudrowanych wągrach i pryszczach na pysku. Na rozkaz gotowy całym sobą do serwisu, otherwise disciplinary action. Powierzchownie zatwierdzam powierzone mi przykazania. Wewnątrz siebie.... ooo jaaa.... pełny zwis niczym bezdomny krawat zalegający na jednym z wielu wieszaków w Oxfam shop. Cel jest jeden - odbębnić dniówkę. Nie wiem jednak, czy kiedykolwiek znajdę już okazję by odpokutować moje zawodowe skundlenie się...
PS: Swoją drogą jestem ciekawy, co pomyślała sobie Elżbieta słuchając marcowego poranka 1977 roku prafrazy hymnu w wykonaniu jeszcze nieskomercjalizowanej grupy Sex Pistols. Niestety jutro nie będę w stanie zapytać się o to. Zbyt małym jest by zabrać głos.... ;)
PS: Swoją drogą jestem ciekawy, co pomyślała sobie Elżbieta słuchając marcowego poranka 1977 roku prafrazy hymnu w wykonaniu jeszcze nieskomercjalizowanej grupy Sex Pistols. Niestety jutro nie będę w stanie zapytać się o to. Zbyt małym jest by zabrać głos.... ;)
piątek, 9 listopada 2012
poniedziałek, 29 października 2012
Statyczny obraz ruchu
Za oknem nic nowego. Ten sam utarty pejzaż przyprawiający mnie o mdłości. Niezachwianie toczy swoją różnobarwną kolorystykę dyktowaną czterema porami roku i sporadycznymi żywiołami wedle kaprysów natury. Dodając do tego niemal całodobowy ruch organiczno-mechaniczny, wyłania się zza okna rutynowy obraz codzienności jakimi karmią się moje oczy od przeszło trzech i pół lat.
piątek, 26 października 2012
Spacer wewnątrz siebie
Jestem jak
pożółkły liść opadły z drzewa
bez tchnienia życia
leżący na ziemi
Jestem jak
wyschnięte miejsce po kałuży
niegdyś bogato
zraszane deszczem
Jak pusta rama po obrazie
tętniącym wyrazistością kolorów
w swoich dniach
Jak dziurawa kieszeń spodni
gubiąca po drodze
drobiazgi będące częścią całości
Jestem jak
dogasający knot świecy
na mapie świata
przysłoniętego mgłą
pożółkły liść opadły z drzewa
bez tchnienia życia
leżący na ziemi
Jestem jak
wyschnięte miejsce po kałuży
niegdyś bogato
zraszane deszczem
Jak pusta rama po obrazie
tętniącym wyrazistością kolorów
w swoich dniach
Jak dziurawa kieszeń spodni
gubiąca po drodze
drobiazgi będące częścią całości
Jestem jak
dogasający knot świecy
na mapie świata
przysłoniętego mgłą
sobota, 20 października 2012
Z pożółkłej karty X
Kubek
Na półce z nowymi naczyniami
stał z boku stary kubek obdrapany.
Pamiętam. Bo był tam na pewno między nami
- w zadumie oblegającymi kuchenny stół.
Towarzyszył swoją cichą obecnością,
choć wyglądał na doszczętnie zrujnowany.
On widział o wiele więcej niż my.
Niejedno przeszedł w podróży swej.
A teraz stoi samotny wśród nas
- w zadumie oblegającymi kuchenny stół.
Obnażając swoje ucho pęknięte,
wyszczerbioną namiastkę uśmiechu
w głębi łkającego o litość.
Jego czas dobiegał końca.
I on dobrze o tym wiedział,
że zostanie wyrzucony.
Rozbity i przez śmiecie splugawiony...
- A przecież tyle widział.
Lublin 1998
Na półce z nowymi naczyniami
stał z boku stary kubek obdrapany.
Pamiętam. Bo był tam na pewno między nami
- w zadumie oblegającymi kuchenny stół.
Towarzyszył swoją cichą obecnością,
choć wyglądał na doszczętnie zrujnowany.
On widział o wiele więcej niż my.
Niejedno przeszedł w podróży swej.
A teraz stoi samotny wśród nas
- w zadumie oblegającymi kuchenny stół.
Obnażając swoje ucho pęknięte,
wyszczerbioną namiastkę uśmiechu
w głębi łkającego o litość.
Jego czas dobiegał końca.
I on dobrze o tym wiedział,
że zostanie wyrzucony.
Rozbity i przez śmiecie splugawiony...
- A przecież tyle widział.
Lublin 1998
Subskrybuj:
Posty (Atom)